Późne Wspólne dzierganie i czytanie

Już myślałam, że się dzisiaj nie wyrobię z postem do wyzwania Maknety. Ale jak widać, ostatecznie udało się!
W zasadzie, od zeszłego tygodnia niewiele się zmieniło... Książka ta sama, czyli Viriconium, dalej działam nad poszewką, ale oprócz tego robię na szybko również kołnierzyk, który do piątku musi być gotowy i wykrochmalony... Jakoś nie do końca to widzę... No ale mus, to mus.
Zgodnie z obietnicą z zeszłego tygodnia, napiszę kilka słów o Viriconium, bo już wiem, o co chodzi! Albo tak mi się wydaje, bo to czasem trudno stwierdzić, co poeta miał na myśli... Zdecydowanie nie jest to typowe fantasy z elfami, krasnoludami (chociaż jest karzeł), smokami i innymi stworami wyrwanymi z powieści Tolkiena. Mamy za to świat po wykorzystaniu wszystkich źródeł minerałów i metalów, gdzie wielka cywilizacja, zwana Popołudniem, do cna wykorzystała wszystkie zasoby dochodząc do wielkiego rozkwitu myśli technicznej, jednocześnie niszcząc środowisko. Brzmi znajomo? Kolejna cywilizacja żyje z tego, co pozostało po Popołudniu, ciągle wzdychając do czasów minionych. Które po zderzeniu z teraźniejszością (do którego dochodzi w dosyć niezwykły sposób) okazują się już nie takie różowe. Zdecydowanie nie jest to takie sobie czytadło... Trzeba trochę pomóżdżyć, co przeszkadza mi o tyle, że często czytam w tramwaju, gdzie często nijak nie da się skupić, bo ktoś nad głową mi sępi... Ale zdecydowanie książka warta jest wysilenia szarych komórek. A! I rzeczywiście jest to zbiór opowiadań, chociaż część z nich tworzy zdecydowanie całość ze sobą.
A o to przyczyna mojego późnego posta:
Byłam na spotkaniu powiedzmy, że autorskim (chociaż nie on jest tak de facto autorem) z Władysławem Frasyniukiem. Jako dziecko solidarnościowca w stanie spoczynku, chciałam się przejść, żeby zobaczyć jak inni przedstawiają te czasy. No cóż... nie będę się wypowiadać na ten temat publicznie, napiszę tylko, że mój pogląd w tej sprawie niewiele się zmienił^^ Ale Pan Frasyniuk wydaje się osobiście bardzo przyjaznym i pozytywnym człowiekiem ;)
Dziękuję za komentarze i odwiedziny ;)

Neverending story

A właściwie prawie neverending. Bieżnik, który dzisiaj pokazuję robiłam prawie dwa lata... Zaczęłam tuż po Wielkanocy 2012. Wzór znalazłam w jednej z wielkanocnych gazet z wzorami i w zasadzie tylko dla niego ją kupiłam. Napaliłam się na nią, jak łysy na fabrykę grzebieni, od razu wiedziałam, gdzie ten bieżnik położę, nici już na niego miałam. Szybko zasiadłam do dziergania, doszłam jakoś do połowy i... zapał opadł... Robótka filetowa do najbardziej porywających nie należy. Później podchodziłam do bieżnika po kilka razy, machnęłam parę rzędów i robótka lądowała ponownie w koszyku.
Ale tuż po Nowym Roku stwierdziłam, że nie może tak być, że mi coś kolejny rok będzie zalegać w moim koszyczku podręcznym. Siadłam i skończyłam. Później kolejne dwa tygodnie bieżnik nabierał mocy ustawowej, żeby pójść do blokowania, którego szczerze nie lubię ze względu na brak miejsca i kombinowanie, jak upiąć, żeby było dobrze.
A zatem (fanfary)... Proszę Państwa oto bieżnik!
(dużo zdjęć, bo się bawiłam aparatem)



A tu jeszcze na docelowym miejscu spoczynku:

Potrzebowałam bieżnik na mój niezbyt piękny parapet, pokryty łuszczącą się, odpadającą farbą olejową. Wiem, że Perfekcyjna Pani Domu nie była zbyt zadowolona, że zamiast doczyścić i opalić starą farbę, po prostu ją przykrywam, no ale cóż... Perfekcyjna, to ja nie jestem :D

Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Wspólne dzierganie i czytanie - Viriconium

W ostatnim poście zrobiłam babola... Dałam zapowiedź następnego wpisu, ale zapomniałam, że zanim go umieszczę, będzie środa. A środa, to wyzwanie Maknety.

Ostatniego klocka skończyłam czytać, w zasadzie zakończenie nawet całkiem mnie zaskoczyło. Później zabrałam się za dwie cieńsze pozycje, które połknęłam i wróciłam do kolejnego klocka. Tym razem padło na Viriconium M. Johna Harrisona. Ale nie pytajcie mnie o czym jest ta książka... Dopiero ją zaczęłam czytać i to, co mogę na pewno powiedzieć, że traktuje ona o tytułowym mieście. I chyba jest zbiorem dłuższych opowiadań. I chyba w mieście jest jakaś anomalia czasowa. I w zasadzie tyle. Na tylnej okładce książki wydawnictwo nie bardzo się postarało, żeby czytelnika jakoś zapoznać z fabułą. Za to bardzo obficie poczęstowała nas cytatami z amerykańskich gazet w stylu: Och, ach, czemu Harrison jeszcze nobla nie dostał, takiż on wspaniały, to niegodne, że komitet noblowski się jeszcze na nim nie poznał.
Nie da się ukryć, że pan Harrison bardzo sprawnie posługuje się językiem, bardzo plastycznie przedstawia świat (na ile oczywiście mogłam zauważyć do tej pory). Ale żeby od razu Nobel? No nie wiem...
A na szydełku dzieje się, tym razem nie skarpety! Po ostatnich mam chyba ich dość na jakiś czas^^. Ten pasiak docelowo będzie poszewką na jaśka. Jak tak teraz patrzę na nią, to dochodzę do wniosku, że mogło by być więcej jasnych pasków. Ale pruć nie będę.

Dziękuję za odwiedziny i wszystkie komentarze ;)

Papuzie skarpety

Udało mi się skończyć w końcu skarpety, które robię od... hmm... Świąt? Aż wstyd się przyznawać... Na swoją obronę mogę dodać, że to dzikie i niesforne skarpety są.
Pierwsza skarpeta poszła szybko i bez problemowo. Żeby i druga była taka miła w pracy, nauczona wieloskarpetowym doświadczeniem zapisałam sobie na ile oczek jest szeroka, na ile rzędów długa do pięty. I z taką wiedzą radośnie przystąpiłam do dalszej pracy. No i zgodnie z wytycznymi zrobiłam całą, prawie, oprócz cholewki. Lekko się zdziwiłam, bo kolory zupełnie inaczej się układały, można powiedzieć, że nawet ładniej (szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia porównawczego). Zanim zabrałam się za cholewkę, wiedziona jakimś przeczuciem, zmierzyłam... I tu niespodzianka... okazało się, że skarpeta jest sporo za wąska i nijak na nogę nie chce wejść. Cóż było robić? Sprułam prawie całą i zaczęłam jeszcze raz, tym razem dodając dodatkowe oczka... Włóczka ta sama, szydełko to samo, tak samo ścisło robione, a tu takie niespodzianki. Różnicę w ilości oczek widać tylko trochę w szerokości pasków i tym, jak kolory się na cholewce układają.


Tym razem zrezygnowałam ze zwykłego ściągacza, na coś bardziej "fantazyjnego":
Skarpetki z Zitron Trekking, bardzo przyjemna włóczka, szydełko nr 2.

A tutaj zajawka tego, co będzie w kolejnym poście:
Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze ;)

Yarn Along, czyli wspólne dzierganie i czytanie

Od jakiegoś czasu zauważyłam na wielu blogach regularnie pojawiające się posty pokazujące, co w danym momencie autorka dzierga i czyta. Skoro dostałam w końcu swoją ukochaną zabaweczkę w postaci aparatu postanowiłam się przyłączyć ;)
Autorką zabawy jest Makneta. Zabawa jest bajecznie prosta, wystarczy w każdą środę umieszczać na blogu post ze zdjęciem tego, co się ma aktualnie na drutach/szydełku i książką którą się czyta.
W zasadzie książki to moja druga wielka miłość po szydełkowaniu (a czasem może nawet pierwsza?), więc połykam je jak mały pelikan. Przyznam się szczerze, że może książek nie oceniam po okładce, ale często po grubości... Im grubsza, tym jestem nią bardziej zafascynowana. Przecież, jak ktoś napisał wielkiego klocka, to nie może to być całkiem złe, prawda?^^ Inna sprawa, że cierpię za każdym razem, gdy książka się kończy, więc opasły tom odsuwa ten niemiły moment w czasie.
A co aktualnie czytam?

W zeszłym roku przeczytałam wcześniejsze trylogie Trudi Canavan, czyli Czarnego Maga i Trylogię Zdrajcy. Może nie jest to jakoś wybitnie ambitna literatura, ale nie da się ukryć, że czyta się przednio. A cała "Era Pięciorga" wypada dużo lepiej niż Trylogia Zdrajcy. Jest dużo intryg, tajemnic i całkiem bogaty świat. Ogólnie bardzo dobre czytadło, naprawdę szybko się czyta, nie ma żadnych dłużyzn i trochę żałuję, że już kończę...
A co tam obok kolorowego leży? Kolejne skarpety ;) Jedna już skończona, druga w zasadzie też była skończona, ale jak robiłam cholewkę, okazało się... Ale to już napiszę, jak skończę.
A tutaj jeszcze baner całej akcji:

A tu jeszcze taka niespodzianka. Pamiętacie taki program "Ciuchcia"? Z Żabą Moniką i Kulfonem? Była tam taka piosenka, wykorzystująca pewne powiedzenie;
"Kulfon, Kulfon, co z Ciebie wyrośnie?
gruszki na wierzbie, czy śliwki na sośnie?"
Idąc do pracy pewnego dnia zobaczyłam to:
Na początku myślałam, że to bombki ktoś na jodle powiesił... Ale po przyjrzeniu się okazało się, że...
może nie na wierzbie, ale są to gruszki na jodle... w folii aluminiowej...

Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Coś zaległego i coś nowego

Dzisiaj post mało robótkowy ;)
Czas szopek w zasadzie się już skończył, ale chciałam Wam pokazać kilka fotek z wrocławskiej żywej szopki. W zasadzie to się nią zawiodłam. Praktycznie od powrotu ze Świąt molestowałam Lubego, żebyśmy się tam wybrali, bo on jej jeszcze nigdy nie widział. Miałam w pamięci szopki sprzed kilku lat, kiedy zoo wypożyczało zwierzęta dla pobliskiej parafii. Były owce, kuce, bydło szkockie, wielbłądy, lamy, osły. Obok stały jeszcze klatki z drobiem ozdobnym i gołębiami. Szopka była zamykana 6 stycznia, wszystko kończyło się uroczystym przyjazdem trzech króli na wielbłądach I chociaż teraz oboje mamy roczne karnety do zoo, to uważałam, że może to być fajna wyprawa.
No i się zawiodłam... W tym roku w szopce były trzy owce wrzosówki, dwa osły i jedna krówka... No bida z nędzą. Być może tak ubogo w tym roku było, ponieważ, od dwóch lat trzej królowie jadą na Rynek... (w tym roku, to i tak chyba swego rodzaju rekord padł, bo na koncercie Arki Noego, która po przyjeździe króli na Rynek dała występ, było więcej ludzi niż na sylwestrze...).
Ale zrobiłam zdjęcia tego, co było.



A tu jeszcze przerażający aniołek-skarbonka... Do tego mówiący... Dzieci bały się podejść do niego, ja do niego zostałam oddelegowana przez Lubego i siostrę, żeby stawić mu czoło... No cóż przerażający te anioł... chyba ktoś przedobrzył...
A teraz część robótkowa - nowa.
Wczoraj odbyło się spotkanie w e-dziewiarce. Było to pierwsze spotkanie w nowym roku i pierwsze w nowym sklepie stacjonarnym. Dziewiarek chyba było więcej niż zazwyczaj, a jak zauważyłam wchodziły tez osoby z zewnątrz zainteresowane tym, co było widać przez witrynę. Niestety, nie pomyślałam, żeby zabrać aparat ze sobą. Jeśli ktoś jest zainteresowany tym, co się działo, zapraszam TUTAJ
Oczywiście, nie mogłam wyjść z pustymi rękoma ;) (I tyle z mojego wyrabiania zapasów...). Jak wiadomo, wszystkie włóczki są mi niezbędnie do życia potrzebne ;)
A to moje łupy:
A kupiłam 3 motki Jeansu na zabawkę dla córki znajomych (króliko-kocyk), 2 motki (pomarańczowy i śmietankowy) baby wool na sweterek albo sukienkę dla małej, 3 motki Alize pullu na komin dla mnie i Angora Active na chustę, pewnie też dla mnie ;) Jak widać, wizyta minęła pod znakiem różu^^
A i jeszcze za zakupy dostawało się jeszcze koszulkę, ja wybrałam o taką:


Dziękuję za odwiedziny i wszystkie komentarze ;)

Zeszłoroczne skarpety

Jakoś tak mam, że od kiedy nauczyłam się robić skarpety na szydełku to jest to moja ulubiona mała forma szydełkowa. Dlaczego? Są łatwe do zrobienia, wystarczy stugramowy motek włóczki, żeby je wykonać, są użyteczne. Robię je zawsze, jak chcę coś wydziergać, żeby zająć ręce, a nie wiem co. Poza tym jestem strasznym zmarzluchem i nawet w te w miarę ciepłe dni marzną mi stopy. Nawet na spotkaniach w e-dziewiarce poznają mnie po tym, że najczęściej przychodzę ze skarpetami do zrobienia^^.
 Dzisiaj również prezentuję kolejną parę skarpet, ponownie dla mnie. Głównie dlatego, że nie znalazł się na nie chętny ;p
Miały być słitaśnie różowe, ale chyba trochę przeceniłam układ kolorów we włóczce. Już się przekonałam, że jednak większość włóczek jest robiona pod druty i w dzianinach drutowych kolory lepiej się układają. Może czas w takim razie przerzucić się z zabaw kolorem (jeśli można tak nazwać korzystanie z włóczek batikowych), na zabawę fakturą?
A tak się prezentują kolejne skarpety (nie wiem czemu, ale tak trochę mi się kojarzą z mielonym mięsem^^):


Włóczka to ponownie Alize SuperWash. Lubię z niej korzystać do robienia skarpet, chociaż lubi się haczyć niestety ;/
Ostrzegam, że w najbliższym czasie pojawią się kolejne, również batikowe, ale takie bardziej papuzie ;)

Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Nowy Rok

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, dla wszystkich odwiedzających!
Skończył się 2013 rok, a zaczął 2014... Czas podsumować miniony rok.
Z postanowień zeszłorocznych to w zasadzie udało mi się częściowo spełnić tylko kwestię zawodową, bo pracuję na pełen etat, ale nie jest ona związana z moim wykształceniem. Poza tym, nie udało mi się schudnąć, nie poznałam nowej techniki (chociaż trochę liznęłam frywolitki), nie zrobiłam sobie sukienki na ślub siostry i nic specjalnie jej nie zrobiłam, bo nie chciała^^. Ale za to byłam całkiem szczęśliwa, więc nie najgorszy był ten rok ;) 
Co się "działo"? Sporo, ale nie wszystko zostało na blogu umieszczone. Powstało 7 par skarpet różnistych, 4 kocyki dla dzieci, dwa swetry,dwa poncza, pełno różnego drobiazgu, który się szybko rozszedł. 
A jaki będzie 2014?
Dalej mam zamiar być szczęśliwa :) A z bardziej przyziemnych rzeczy, to pierwszy raz przygotowałam sobie porządną listę postanowień i mam nadzieję, że na koniec roku wypadnie ona lepiej niż zeszłoroczna.
Lista TODO na rok 2014 (kolejność przypadkowa):
-powykańczać zaczęte trupy
-jeszcze raz podejść do próby nauczenia się nowej techniki
-codziennie szydełkować
-pisać więcej postów na blogu (to będzie teraz łatwiejsze, bo mój Luby na Święta podarował mi aparat, więc spodziewajcie się regularnych postów)
-regularnie komentować zaprzyjaźnione blogi, teraz najczęściej odkładam to na później, które nigdy nie następuje, za co bardzo przepraszam
-zmienić wizualnie bloga
-już nie schudnąć, ale chodzić regularnie na zumbę 92-3 razy w tygodniu, w zależności od grafiku)
-pozwiedzać z Lubym trochę Dolnego Śląska, zwłaszcza zamki (wtedy relacje z wypraw pojawiałyby się również na blogu)
-więcej czytać, może też trochę ambitniejszej literatury niż tylko fantasy - może jakąś listę książek do przeczytania zrobić...
-wyrabiać zapasy włóczkowe
-i bardziej prozaicznie - prasować ubrania wieczorem, zamiast rano.
Oprócz tego chcę wszystkie ważne rzeczy zapisywać w kalendarzu, lista również się w nim znajdzie. Mam nadzieję, że podzielenie się z Wami moimi postanowieniami jakoś mnie zmotywuje, żeby je wykonać ;)


A Wy jakie macie postanowienia noworoczne?

Prezent ;)

Jak już wcześniej pisałam tegoroczne (w zasadzie już zeszłoroczne) Święta spędzałam poza domem. Gdy wróciłam, w skrzynce na listy czekała na mnie miła niespodzianka w postaci awizo. Wiedziałam, że miła, bo wszystkie poważniejsze pisma przychodzą do rodziców^^. W poniedziałek po pracy pobiegłam na pocztę i jak się okazało, w kwestii miłej niespodzianki nie myliłam się.
Oto co znalazłam w paczce ;)
Taką piękną bombkę dostałam od December ;) Jeszcze raz serdeczne dzięki December :*

Jutro mam nadzieję jeszcze podzielić się z Wami swoimi postanowieniami noworocznymi i podsumowaniem Starego Roku.

Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze :)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Yarn Along

Obserwatorzy