Pisanki

Pod ostatnim postem zostałam mocno zrugana za brak zdjęć pisanek.
Ich brak był jednak zabiegiem celowym. W ostatnim czasie posty ukazywały się jedynie w środy, przy okazji wyzwania u Maknety, więc trzeba trochę te braki nadrobić.
Niestety, wszystkich 70 jaj nie udało się uchwycić na zdjęciu. Początkowo zostałam poproszona o zrobienie 40, po ich oddaniu okazało się, że potrzeba ich jeszcze 30. Nie było innego wyjścia, jak dorobić. Chociaż już po pierwszej turze miałam już ich z lekka dość... W każdym razie, jak doniosłam resztę, to pierwsza czterdziestka została już przerobiona na kartki świąteczne.


Z robienia pisanek szczególnie zadowolona była Pusia. Wybitnie spodobały jej się kordonki, które notorycznie kradła, bezczelnie patrząc mi w oczy i chowając w swojej norze za łóżkiem. Niestety, nie udało mi się tego uchwycić na zdjęciach, ale widok za każdym razem był przekomiczny, zwłaszcza, że taki kordonek jest większy od jej łebka ;)
W planach wielkanocnych jeszcze jest kilka pisanek przestrzennych, ale już raczej w ilości nie przekraczającej 10 ;)
Dziękuję za odwiedziny i komentarze :)

Wspólne dzierganie i czytanie - Dziecko dla odważnych

I kolejny tydzień za nami ;) Bo w zasadzie teraz czas odmierzam od środy do środy^^
"Kosiarz" skończony, na razie to chyba najlepsza książka Pratchetta dla mnie, ale że to płodny pisarz jest i wiele jeszcze jego książek przede mną to nie będę się zbytnio przyzwyczajać do tej myśli ;)
A w tym tygodniu... Zacznijmy od robótek. Jajka skończone, dużo jajek... Bo ostatecznie wyszło ich 70... Na najbliższy czas mam ich dość. W związku z zakończeniem pisankowego procederu wróciłam do robótek dyżurnych, czyli niekończącego się swetra, który ze względu na jajca nie posunął się chyba nawet o milimetr i do komina, którego trochę przybyło, bo dziergam go też w tramwaju.
A czytelniczo... Chyba Was zaskoczę, bo to nie dość, że nie fantasy (chociaż dla mnie to trochę i tak jeszcze czarna magia), nawet trudno stwierdzić, czy to beletrystyka...
Czytam "Dziecko dla odważnych. Poradnik dla początkujących" Leszka K. Talko. Jest to swego rodzaju poradnik dla młodych rodziców. I uprzedzając potencjalne pytania... nie, nie spodziewam się w najbliższym czasie dziecka, w każdym razie nic o tym nie wiem ;)
Nie wiem, czy kojarzycie w ogóle autora. Parę lat temu wraz z żoną pisał felietony do Gazety Telewizyjnej, dodatku do Gazety Wyborczej. To była w zasadzie jedyna rzecz, którą tam czytałam, nie jakieś recenzje filmów, czy wywiady z gwiazdami, tylko te felietony. Pisane w sposób lekki, bardzo żartobliwie opowiadały o sprawach codziennych.
I teraz Talkowie wrócili w wielkim stylu ze zbiorem rad dla młodych rodziców, a może nawet bardziej dla przyszłych rodziców. Nie są to nudne porady w stylu: kiedy dziecko płacze, nakarm, przewiń, przytul. O nie, podpierają się historiami z ich życia, najpierw z Pitulem, a później z Kudłatą. Książka jest podzielona na krótkie rozdziały, które w sposób zabawny pokazują problemy, z jakimi na co dzień spotykają się rodzice i w jaki sposób je rozwiązywali - najczęściej dokładnie w sposób odwrotny niż w poradnikach. Każdy z tych rozdziałów ma swój tytuł, na widok którego człowiek już się uśmiecha (np.: Jak wypoczywać z dzieckiem, czyli zajmij go czymś, a my pryskamy, Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, czyli co zrobić z dużą kurwą?, Poznaj moich rodziców, czyli jak pozbyć się dzieci na weekend).
Dla kogo to książka? Hmmm... chyba dla każdego. Dla rodziców, którzy już swoje pociechy odchowali, żeby mogli się uśmiechnąć i powiedzieć: też tak mieliśmy, dla przyszłych i młodych rodziców, żeby mogli pomyśleć: o Boże, to nie będzie tak lekko, jak piszą w poradnikach?! i dla tych, co dzieci dopiero planują, ku przestrodze ;)
Jeszcze kronikarskim obowiązkiem wstawiam zdjęcie z fatalnie przekłamanymi kolorami...
I na koniec jeszcze jedna ważna rzecz, o której ciągle zapominam.
December, z bloga takosan.pl założyła KATALOG blogów rękodzielniczych. Zachęcam do dodawania się, będzie nam łatwiej się znaleźć w sieci ;)

Wspólne dzierganie i czytanie - jajcarski Kosiarz

Co środowe publikowanie postów zaczęło mnie mobilizować nie tylko do systematycznego publikowania postów i szybszego przebierania szydełkiem, ale także do zwiększenia tempa czytania. Jakoś tak wzięłam sobie za punkt honoru, żeby co tydzień móc przedstawić Wam kolejną książkę.
Zatem, jak pewnie już się domyśliliście, skończyłam czytać "Zbieracza burz". No cóż, książka pod wieloma fabularnymi względami mnie zaskoczyła. Zwłaszcza jeśli chodzi o zakończenie. Cóż jeszcze mogę napisać o niej, żeby zbytnio nie zdradzić szczegółów... Daj dużo do myślenia, jeśli chodzi o wiarę. Może brzmi to nieco patetycznie, ale pomimo dosyć lekkiej formy, jaką jest fantasy, naprawdę człowiek zaczyna się zastanawiać czym obecnie jest wiara. I jak różne skrajne formy może przybrać. No i oprócz tego jeszcze garść może i banałów, ale za to bardzo zgrabnie podanych: że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, że nie wszystko jest takim jak się wydaje, że czasem trzeba się poświęcić w imię wyższych celów. No i, cytując "Fausta": "jam jest częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro". Bo może z tym buntem Lucyfera było trochę inaczej? Może wcale źle nie chciał?
Gorąco polecam Wam całą serię "Anielskie Zastępy" Mai Lidii Kossakowskiej!

A co teraz czytam? Ponownie Terry Pratchett, tym razem "Kosiarz". Wszystkie powieści tego autora dziejące się na Świecie Dysku są podzielone na pewne cykle, nie będę tu się wdawać w szczegóły, napiszę jedynie, że "Kosiarz" traktuje o Śmierci. Jako postaci, a nie nieuniknionym końcu wszystkich i wszystkiego. Hmm... chociaż jak się zastanowić, to nie sposób pisać o Śmierci bez poruszania tematyki śmierci...
Śmierć w książkach Pratchetta jest przedstawiona, tak jak każdy większość osób sobie ją wyobraża: zakapturzony szkielet z kosą, na Pimpusiu. Pimpuś to oczywiście koń, ale nie żadna tam chabeta, ale prawdziwy ogier. Nie jakiś szkieletor, bo na takim niewygodnie się jeździ, ani nie płomienny, bo taki łatwo zaprósza ogień w stajni...
Zadaniem Śmierci jest przeprowadzenie zmarłych na drugą stronę, która to wygląda tak, jak każdy ją sobie wyobrażał lub jak został nauczony wierzyć. Ale co się stanie, gdy Śmierć dostanie czas, który może spędzić, a później umrzeć? Gdy Śmierć pójdzie na emeryturę? Co się stanie z największym miastem Świata Dysku, gdy po ulicach zacznie się szwendać Mag-zombie, który nie marzy o niczym innym, jak tylko umrzeć, ale tak porządnie? O tym właśnie traktuje "Kosiarz". Na razie więcej napisać nie mogę, bo w zasadzie dopiero zaczęłam, ale jestem pewna, że uśmieję się przednio ;)
A na polu robótkowym się dzieje. Sweter się powoli posuwa, komin też. Ale najbardziej posuwają się jajka. A dokładniej szydełkowe płaskie pisanki. Zostałam poproszona o zrobienie ich w ilości hurtowej, więc dziergam, chociaż już bliżej, jak dalej do końca ;)

Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze ;)

Wspólne dzierganie i czytanie - Zbieracz burz

To był tydzień w obfitujący w gwałtowne zwroty akcji. Skończyłam czytać Pomniejsze bóstwa, chwyciłam za kolejną książkę, Gotuj z papieżem (bardzo polecam!), też skończyłam i teraz kolejna kniga na warsztacie.
Ale największe zmiany nie zaszły wcale na polu czytelniczym. Parę postów temu cieszyłam się, że wyszłam z etapu prucia swetra. Zatem oświadczam, że nie wyszłam. Nawet bardzo nie wyszłam. Wszystko, co wydziergałam poszło do prucia. Czemu? Bo mi się odwidziało^^ Znaczy sama idea swetra robionego od góry, na okrągło cały czas jest. Ale robienie go z głowy jednak mnie przerosło. Zaczął się falować, a mi się nie chciało po raz kolejny kombinować z przeliczaniem. Więc sprułam. Tutaj należy napisać, że włóczka pomimo kilkukrotnego prucia świetnie się zachowuje. Zmieniłam wzór sweterka na gotowca, zmieniłam też szydełko na mniejsze. I to był strzał w dziesiątkę. Zaczęłam robić w niedzielę wieczorem, a mam tyle, ile przed pruciem.
I chociaż nie lubię mieć rozgrzebanych kilku robótek, tym razem się złamałam. W sobotę było spotkanie w e-dziewiarce, a po moim niedoszłym swetrze został smętny kłębek, musiałam na szybko wybrać coś do dziergania bez skomplikowanego wzoru i przeliczania, dodawania i tak dalej. Padło na Alize pullu i komin. Tak, tak, zima się w zasadzie skończyła, a ja dziergam komin^^ Chociaż niby ma się ochłodzić... To kto wie, czy w tym roku jeszcze nie założę... ;p

A teraz coś czytelniczego ;)
W zasadzie wszystkie książki, które czytam są wypożyczone z biblioteki. I nigdy nie zamawiam ich, nawet tych, na których mi bardzo zależy. Jakieś takie zboczenie ;) Dlatego, gdy w końcu uda mi się dorwać książkę, na którą długo polowałam, której część pierwszą przeczytałam jednym tchem, moja radość jest ogromna. Prawie, jakbym skarb znalazła. W zasadzie coś w tym jest ;)
Tak właśnie było ze "Zbieraczem burz". Jest to kontynuacja świetnej powieści Marii Kossakowskiej "Siewca wiatru". Długo widziałam na półce w bibliotece tylko drugą część "Zbieracza...". Wczoraj tułałam się między regałami, bez pomysłu na czytanie (nawet zawędrowałam w inne rejony niż fantastyka!). Aż zawróciłam do swojego ulubionego, przeszłam po raz dziesiąty wzdłuż niego, podeszłam pod K, bez entuzjazmu popatrzyłam, co stoi na półce, a tam... nowiusieńkie wydanie części pierwszej Zbieracza. Porwałam od razu, razem z drugą częścią i o to jest.
O czym jest Zbieracz? Hm... trzeba najpierw troszkę nakreślić sytuację z pierwszej części. Znacie takie przysłowie: "Bóg Cię opuścił"? Więc wyobraźcie sobie, że Pan naprawdę opuścił ten świat. Ten i Niebiański i miliardy innych. Żeby się to nie wydało aniołowie wraz z upadłymi zawiązują specyficzną koalicję. Pojawia się jednak wielkie niebezpieczeństwo, zagrażające wszystkim, dobrym, złym, neutralnym, z którym muszą się zmierzyć. To tak mniej więcej. Nie chcę za wiele zdradzać. Bohaterami są aniołowie, a nawet archaniołowie. Kossakowska doskonale oddaje całą anielską hierarchię, zgodnie z ustaleniami angelologi. I chociaż może się wydawać strasznie oklepanym nadanie Skrzydlatym ludzkich cech, autorka robi to z taką brawurą, że nie można się do niczego przyczepić.
W Zbieraczu Bóg co prawda nie powraca (w każdym razie nie do momentu, do którego doczytałam), ale przekazuje swą wolę do Abaddona, Anioła Zagłady. I nie jest to dobra wola... Zwłaszcza dla Ziemi. Która jest ukochanym światem Pana. Stąd podejrzenie innych Archaniołów, że Tańczący na Zgliszczach został opętany. Więcej nie zdradzam. Nawet jakbym chciała, to bym nie mogła, bo jeszcze wszystko przede mną.
Uff, ale mi długaśny post wyszedł. Mam nadzieję, że choć część z Was dotrwała do końca ;) Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Wspólne dzierganie i czytanie - Pomniejsze bóstwa

I kolejna środa. Gdyby nie wyzwanie Maknety, zapewne posty nie ukazywałyby się regularnie, zwłaszcza, że ciągle męczę sweter. Dalej nie skończyłam karczku. Mea culpa. Na usprawiedliwienie mogę jedynie napisać, że w pracy mam niezły kocioł i jak wracam do domu, to już na mało co mam siły. Dobrze, że się robi coraz cieplej, to w tramwaju do pracy będę mogła znowu dziergać^^ A tak pozostaje głównie czytanie. W drodze do i z pracy i przed spaniem.
Po wcześniejszej lekturze zdecydowałam się wrócić do fantastyki. "Zima świata" w świetle ostatnich wydarzeń stała się książką zbyt ciężką.
Żeby tak całkiem się odstresować i trochę odmóżdżyć wybór ponownie padł na Terrego Pratchetta, a konkretnie na "Pomniejsze bóstwa".
Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, co się stało z tymi wszystkimi bogami mitologii greckiej, rzymskiej, czy nawet azteckiej, w momencie, gdy utracili swoich wyznawców, czym żywią się bogowie (i nie chodzi tu wcale o ambrozję) i do czego potrzebni są im prorocy, to właśnie "Pomniejsze bóstwa" zaspokoją Waszą ciekawość. Chociaż książka jest pisana jak zawsze z przymrużeniem oka, to nie da się w niej nie znaleźć ponadczasowych mądrości (wiem, że to strasznie pompatycznie brzmi, ale nie bardzo wiem, jak inaczej to napisać^^). No i daje dużo do myślenia, zwłaszcza, że jednym z bohaterów jest Brutha, który zawsze miał Pewność. On nie wierzył, że Om, Który Swoimi Kopytami Miażdży Wrogów, istnieje. On to wiedział (bo babcia mu kazała...). Ale nie tylko kwestia religii jest poruszana w książce. Bo tam gdzie pojawia się wiara, pojawia się również filozofia i filozofowie z gąbkami (filozof bez gąbki, to nie filozof). Ale nie chcę Wam za dużo zdradzać, bo mam nadzieję, że ktoś się skusi, by ją przeczytać.
Tylko nie oceniajcie książek Pratchetta po okładce, bo do najpiękniejszych to one nie należą, są wręcz szkaradne i trochę kiczowate. Ale po przeczytaniu danej książki i popatrzeniu ponownie na okładkę, można dostrzec rzeczy, których wcześniej się nie zauważyło.
A! I najważniejsze! Żółw Się Rusza ;)

Dziękuję za komentarze i odwiedziny :)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Yarn Along

Obserwatorzy