Emilkowa zmora

Pamiętacie sweterek dla Emilki, który pomimo swoich rozmiarów, nie chciał się skończyć?
Były chyba 3 prucia, każde prawie do zera... Do tej pory się dziwię, że nie rzuciłam go w kąt... Po wielu dniach męki w końcu zakończyłam go i nie próbując go nawet obzdjęciować zawiozłam go do siostry, by nie mieć z nim już więcej do czynienia^^. Strasznie mi dała ta zmora w kość. A niby taki prosty i przyjemny...
Skoro sama zdjęć nie zrobiłam, tę kwestię musiała nadrobić siostra. I stanęła na wysokości zadania. A sama Emilka jest bardzo wdzięczną modelką ;) Same popatrzcie jaką śliczną mam siostrzenicę ;) (jak się uśmiecha, bo jak płacze, to wygląda jak mała kałamarnica^^)



Dane techniczne:
wzór - KLIK
włóczka - Alize Baby Wool, tak 3/4 kłębka białego i tyle samo brzoskwiniowego. Sama włóczka bardzo przyjemna i pewnie jeszcze po nią sięgnę. Ale nieprędko wezmę się za kolejny sweterek...
szydełko - 2.
Dzięki za wszystkie komentarze i odwiedziny :)

Wspólne czytanie i dzierganie - Jasnowidz

Tydzień temu płakałam za urlopem na dzierganie... Czego państwo i pracodawca nie chce Ci zapewnić, załatw sobie sama! Ja zostałam załatwiona przez Lubego i do końca tygodnia siedzę w domu i się kuruję. Na szczęście, nie jestem aż tak obłożnie chora, żeby szydełka i książki w ręce nie utrzymać ;) Luby mówi, że jestem jak Pusia, terminatorem i nic mnie powali... W przeciwieństwie do niego. Naprawdę, zanim nie zamieszkałam z nim, nie sądziłam, że te wszystkie opowieści o umierających, zasmarkanych facetach to przesada. Mój Tata nigdy jakoś w chorobach się nie skarżył, brat to osobna historia, bo przecież to zawsze wiadomo, że młodszy brat jest głupi... (oczywiście do pewnego momentu, później się już rodzeństwo docenia). A tu proszę... katar, ból głowy i już trzeba testament spisywać. Jedyne, co mi pozostaje, to wzdychnąć głośno i powiedzieć: Faceci! (tu jeszcze następuje przewrócenie oczami).
W czasie, gdy Luby już umierał i prątkował na mnie, a ja jeszcze byłam w pełni sił, skończyłam czytać poprzedni tom. Poszło migusiem, bo akcja była wciągająca, pojawili się nowi fascynujący bohaterowie, a sam autor zaczął się silić na żarty, całkiem udane z resztą.
Szydełkowo już tak fajnie nie było, popełniłam trzy bombki, które zaprezentuję raczej w grudniu, jeszcze nie czas na bicie po oczach ozdobami świątecznymi. 

Już chyba nigdy nie napiszę, że nie rozumiem, jak można robić kilka robótek na raz... Już wiem, jak to możliwe... Po prostu... czasem tak jest w życiu dziewiarki, że jedna robótka to za mało... Od zeszłego tygodnia do zaczętych robótek doszła czapka dla Lubego (to granatowe) i zaczęłam smoka dla Emilki (to różowe). W tle widać polegujące ponczo, a pod spodem zagrzebane są kordonki świąteczne. A! I tam gdzieś jeszcze jest bucik próbny... 
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze.

Wspólne dzierganie i czytanie - Wspomnienie lodu. Cień Przeszłości

Zauważyłyście, że jest już 19 listopada, czyli 2,5 tygodnia po Wszystkich Świętych, a sklepy nie są jeszcze całe w choinkach, gwiazdkach, mikołajach i nie słychać wszędzie Last Christmas? Jestem w szoku! Pozytywnym oczywiście. Czyżby marketingowcy poszli po rozum do głowy i postanowili nie uszczęśliwiać ludzi na siłę klimatem świątecznym z prawie dwumiesięcznym wyprzedzeniem? Mam taką nadzieję...
Żeby zatem nadrobić braki świątecznego klimatu w centrach handlowych oddaję się szaleństwu ozdób bożonarodzeniowych. Postanowiłam pozaliczać wzory, które co roku obiecywałam sobie zrobić. Szczerze mówiąc sądziłam, że będzie mi to szło szybciej i będę w stanie robić coś jeszcze równocześnie. Chyba słabo sobie czas planuję... A muszę trochę się sprężyć. Już wiem, że ponczo w tym roku nie będzie. Muszę (no dobra, chcę i to bardzo) do mikołajek dla Emilki zrobić smoczka. Poza tym robi się coraz zimniej, a moje Kochanie nie ma czapki (w zasadzie to ma, ale nie pasuje mu teraz... taki mi się modniś zrobił^^). Ja też potrzebuję nowego kompletu głowo- i szyjogrzejnego. A do Świąt jeszcze sowi kocyk... No naprawdę, powinno się wprowadzić urlop na dzierganie! Postuluję napisanie projektu takiej ustawy^^. Dziewiarki całej Polski, łączcie się!
A co do czytania, kolejny tom "Malazańskiej Księgi Poległych". I szczerze mówiąc coraz bardziej mnie wciąga ta seria. Tak w połowie drugiego tomu myślałam, żeby sobie może dać spokój z czytaniem, ale akcja się rozwinęła i zaczęło mnie ciekawić, co będzie dalej. A kolejna część od razu się rozkręca. W końcu zaczęłam się też łapać we wszystkich bohaterach! Szkoda, że dopiero w 3 tomie, skoro każdy liczy około 1200 stron... Lepiej późno, niż wcale ;)
Wcześniej nie pisałam w zasadzie o czym jest seria, bo ze względu na mnogość wątków trudno było mi określić, co się wysuwa na sam przód. Ale teraz już wiem! Jest to opowieść o towarzyszach broni, którzy potrafią na swoją stronę przekabacić swoich wrogów i dzięki swoim działaniom bronią świat przed wszelkimi zagrożeniami ze strony magii i bogów. Bardzo podoba mi sposób podejścia do magii, to, że każda ma swoje źródło w "grotach", które są jakby alternatywnymi światami, i w zależności od ich natury, czarodziej dysponuje mocą uzdrowicielską, ognia, lodu, iluzji, czy innymi. Oprócz ludzi, świat opisany w "Malazańskiej Księdze Poległych" zamieszkują różne starożytne ludy, jak Tlan Imassowie, którzy są umarlakami żyjącymi od setek tysięcy lat, są Tiste Andii, władający perfekcyjnie magią, Moranthowie, Berghastowie i wiele innych, a każda rasa się różni od siebie. To naprawdę bogaty świat.
Nie jest to jednak z pewnością książka dla osób, które nie przepadają za opisami wojen, morderstw, spisków. Bo tego jest w "Malazańskiej Księdze Poległych" pod dostatkiem.
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze ;)

Afrykarium




Zgodnie z obietnicą sprzed dwóch tygodni (ależ ten czas leci!) dzisiaj będzie post mocno zdjęciowy, z wizyty w Afrykarium.
Miałam zamiar opublikować ten wpis w weekend, ale była cisza wyborcza... Czemu się przejmowałam wyborami? Ano temu, że Afrykarium jest projektem mocno politycznym. To prawie że dziecko obecnego prezydenta Wrocławia. I chociaż była mowa, że otwarcie powinno być dopiero w 2015 roku, to cóż... Polityka ma swoje prawa i potrzeby. Wynik tego przyspieszenia widać gołym okiem w niektórych miejscach, w innych można się tylko domyślać, jak wyglądałoby Afrykarium, gdyby jednak poczekać jeszcze te pół roku...
Czym w ogóle jest Afrykarium? Najprościej stwierdzić, że to oceanarium, ale dosyć specyficzne. Skupia faunę zbiorników wodnych Afryki. Nigdzie indziej na świecie czegoś takiego nie ma. Najczęściej oceanaria są zbiorowiskiem różnych zwierząt, z różnych miejsc świata, które łączy w zasadzie wodny tryb życia. A tutaj mamy przekrój przez wszystkie najważniejsze akweny afrykańskie i świetnie ukazane, jak bogata jest fauna, a także flora tego regionu.
Tyle wstępu, przejdźmy do zdjęć.
Po wejściu do budynku Afrykarium i podejściu do pierwszego akwarium, zdecydowanie odebrało mi mowę. Stałam przed szybą i się uśmiechałam jak głupia. Po prostu coś pięknego!

W wodzie hipcie z ociężałych potworków, zmieniają się w prawdziwe baletnice
Tak w ogóle, to wcześniej woda u hipopotamów była czyściutka, ale szybko ją zapaskudziły^^

Taki śliczny jestem!




Widziałam, że Marzena ma podobne zdjęcie... Ta płaszczka chyba jest zawsze w tym samym miejscu i ciągle się uśmiecha...

Na ten tunel razem z Lubym bardzo czekaliśmy... I nieco się rozczarowaliśmy. Miały nam pod nogami przepływać rekiny, ale...

Nie wiem, czy to wina szyby, czy już zużycia... ale nic nie widać... I jeszcze te dziwne bąble...
Ale nie ma co marudzić. Są uchatki...

i pingwiny!



A to manat. Bardzo śpiący manat, który postanowił być tajemniczy i wypiął się do wszystkich...
Jak ogólne wrażenia z Afrykarium? Super. Ale byłoby jeszcze bardziej super, gdyby poczekali...
Rada dla odwiedzających... Nie pchać się w długi weekend! I w ogóle lepiej nie w weekend. My specjalnie wolne w pracy wzięliśmy, żeby na spokojnie obejrzeć^^. 
Bilet normalny kosztuje 30zł, tyle co wcześniej do samego ZOO. I chociaż często podnosiły się głosy, że to za drogo, to wtedy dla mnie była to cena w porządku, a teraz tym bardziej. W końcu idąc do kina wydajemy często dużo więcej kasy, a ostatecznie okazuje się, że film był gniotem i trwał 90 minut. A w ZOO można i cały dzień spędzić ;)
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

PS Założyłam Fan Page'a. Z boku wysuwa się taki dżinks i jak ktoś, chce, może polubić. Nie zmuszam ;)

PS 2 Uczę robić się na drutach! Szaleństwo. I już wiem, że nie lubię długich, prostych drutów...

Wspólne dzierganie i czytanie i Dzień Niepodległości

Lubię takie długie weekendy. Tym razem postanowiłam nie oddawać się tylko słodkiemu lenistwu i trochę rzeczy jeszcze porobić w domu. I chyba takie konstruktywne spędzanie czasu bardziej pomaga mi wypocząć niż nic nierobienie...
W sobotę byłam na spotkaniu dziewiarek w e-dziewiarce i jak zwykle przy tej okazji wróciłam bogatsza o kilka motków. Wiem, wiem, miałam nic nie kupować... Ale ja naprawdę potrzebowałam tych włóczek!
Ale wracając do tematu środowego wyzwania. Czyta dalej się to samo, ale dzisiaj już zakończę ;)

A szydełkowo... Najlepiej opisuje to stwierdzenie: "to skomplikowane". Nie lubię robić kilku rzeczy na raz... Ale czasem trzeba. Przy moim ponczo to nawet konieczność, bo chyba bym się zanudziła... Zatem dzierga się ponczo... Udało mi się nawet sporo wydziergać na spotkaniu dziewiarskim, ale jak przyszłam do domu, to musiałam wszystko spruć... bo nieświadomie w którymś miejscu dodałam parę półsłupków i z pięknego prostego prostokąta wyszedł trapez... No cóż... takie dziewiarskie życie. Oprócz tego zebrałam się w sobie i zaczęłam ozdoby świąteczne. Plan jest ambitny, żeby codziennie coś bożonarodzeniowego zrobić. Ponadto robię butki dla dzieci znajomych siostry. I to wszystko na raz. Przynajmniej się nie nudzę ;)
I jeszcze bonus. Wczoraj świętowaliśmy odzyskanie Niepodległości. Z jednej strony mieliśmy pochody, które kończyły się różnie... A z drugiej strony takie inicjatywy jak wrocławska Radosna Parada Niepodległości. Szkoda, że nie wszyscy dorośli do świętowania takich uroczystości na wesoło, bez pochodni i flar, bez wzajemnego obrzucania się błotem i demolowania wszystkiego, co stanie na drodze. We Wrocławiu mieliśmy dwa pochody, jeden ten radosny i drugi poważny. I nie wiedzieć czemu ten ostatni za każdym razem wzbudza we mnie niepokój... Oba przemarsze przechodzą pod moimi oknami, ale relację fotograficzną mam tylko z tego pierwszego. Patrzcie, jak można obchodzić jedno z najważniejszych dla nas świąt ;)



O, a tutaj dzieciaczki ze szkoły mojej mamy ;)






Dzieci pokazały także z kogo możemy być dumni: z naszych sportowców (Małysz, Kowalczyk...), ale także z Hermaszewskiego, naszego astronauty :)







A Wy jak spędziliście ten długi weekend?
Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Kindle 5 vs PocketBook Mini 515

Dobrze, że mamy długi weekend, to się zmieściłam w czasie z obietnicą publikacji posta porównującego dwa czytniki ;)
Dla przypomnienia. Od maja byłam w posiadaniu Kindle 5. Długo się opierałam przed korzystaniem z czytnika. Książka musi pachnieć, mieć strony i w ogóle, kto to widział, żeby jakaś elektronika zastąpiła tradycję. Ale jak już dostałam swojego Kinlde'a, przepadłam. Łatwość w dostępie do książek, brak czekania na swoją kolej w bibliotece, zawsze można takiego malucha wcisnąć do torebki, a jak się jedzie na urlop, to nie trzeba się martwić, że kręgosłup pęknie, jak się weźmie ze sobą całą bibliotekę. Oczywiści są to plusy każdego czytnika, nie tylko Kindle'a.
Jakiś czas temu jednak mój kochany czytnik był się zepsuł. Albo ja go zepsułam nieświadomie... Pękła od środka matryca (Luby rozkręcił go w końcu i wszystko stało się jasne). Nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek czytnik spadł mi z większej wysokości niż metr na inną powierzchnię niż dywan... Ale nosiłam go w torebce bez etui (nie popełniajcie tego błędu!), Pusia parę razy się od niego odbiła... No różne rzeczy się faktycznie stać mogły. Niestety, uszkodzenie nie wyszło od razu po wypadku, dopiero po jakimś czasie. Czytnik wieczorem działał, rano padł... Uszkodzenie nie było objęte gwarancją sklepu, w którym był kupiony, a pracownicy Amazona za każdym razem mieli odmienne zdanie, co z tym fantem zrobić. Najpierw była mowa o bezpłatnej wymianie na nowy, a później już o promocyjnej cenie na nowy (cena promocyjna dla Polaka promocyjną raczej nie była...). Zapadła więc decyzja, że trzeba nowy czytnik kupić. Najpierw pożerowałam na czytniku Lubego, by w końcu kupić swój nowy.
Nie jestem przywiązana do żadnej marki. Najwyżej do niektórych mam sentyment, ale nie znaczy to, że bezwzględnie kupię, co wydadzą. Dlatego nie miałam problemu, żeby przesiąść się z Kindle'a na inną markę. Nie będę ukrywać, że ważnym kryterium przy wyborze czytnika była cena i jakość. Po rekonesansie w internecie wybór padł na PocketBooka, ostatecznie na wersję Mini.
Czym się różni od Kindle'a? Rozmiarem. Ekran Kindle ma 6'', Mini - 5''. Niby nic, ale jak zobaczy się je obok siebie:

W korzystaniu jednak nie czuć aż takiej różnicy, to jednak tylko 1 cal, a przecież wielkość czcionki można sobie ustawić dowolnie.
Kolejna sprawa. Polskie manu, tego w Kindle'u nie ma, co dla osób bez znajomości języka lub, którzy się nim posługują tak sobie może stanowić problem. Oczywiści wszystko jest do nauczenia, a w czytniku i tak za wiele się nie grzebie w ustawieniach. Ale nie da się ukryć, że polska obsługa dużo ułatwia.
Ogólnie wydaje mi się, że PocketBook ma bardziej intuicyjną obsługę. Zmiana czcionki to jedno kliknięcie przyciskiem w górę lub w dół. Wejście do podstawowego menu z poziomu książki to znowu jeden przycisk. Można spokojnie przeskoczyć do konkretnej strony (podejrzewam, że w Kindlu również, ale było to tak schowane, że nie chciało mi się nigdy w to bawić). Zegar, który jest cały czas widoczny w czasie czytania, zdecydowanie ułatwia życie ;). A do tego gry^^. W sumie to nie mam pojęcia, czy ktoś z tych gierek korzysta, ale są.
Co zatem jest gorsze? PocketBook Mini zdecydowanie wolniej się włącza niż Kindle, ładowanie stron jest minimalnie wolniejsze, ale nie na tyle, żeby przeszkadzało w ciągłej lekturze.
Nie wiem, jak inni użytkownicy Kindle'a, ale ja miałam problem z niektórymi książkami, ponieważ robiły mi się przerwy w środku akapitów. Można się do tego przyzwyczaić, ale dosyć utrudnia to lekturę. W PocketBook tego nie ma. Ale nie ma również ładnych wygaszaczy ekranu...

Długość pracy baterii w obu wypadkach jest podobna, około miesiąca. Oba też czytają te same rodzaje plików.
Jakoś wykonania w obu wypadkach jest świetna. Gdyby nie małe rozmiary Mini zapewne brakowałoby mi bocznych przycisków do przerzucania stron.
Gdybym teraz wybierała sama czytnik, wybór z pewnością padł by nie na Kindle'a 5, ale na PocketBooka, nawet właśnie w wersji Mini. Ale jakby do tego doszedł Kindle 6, to tu już raczej wygrałby produkt Amazona, a dotykowym i podświetlanym ekranem. Żeby jednak nie było, PocketBook ma w swojej ofercie również czytniki z podświetleniem i dotykowym ekranem. Ale ponieważ nie miałam ich w ręce, wypowiadać się nie będę ;)
Nie chcę, żeby wyszło iż uważam, że Kindle jest przereklamowany. Bo jest to świetny czytnik. Ale pamiętajcie, że na nich świat czytników się nie kończy i w podobnej lub niższej cenie możecie też dostać świetny produkt ;) A i Mini występuje w kilku wariantach kolorystycznych ;)

Wspólne dzierganie i czytanie - Bramy Domu Umarłych

Ale się przez te dwa tygodnie działo! niby w zeszłym tygodniu wzięłam wolne tuż przed Wszystkich Świętych i byłam prawie pewna, że chociaż w środę nie dałam radę, to w czwartek na pewno dołączę do wyzwania Maknety. Ale w czwartek byłam z wizytą  i jakoś ten czas zleciał dziwnie szybko, w piątek z kolei byłam wraz z Lubym w Afrykarium w ZOO (będzie relacja) i też jakoś szybko dzień zleciał. A później to już wiadomo, święta i cmentarze.
W tak zwanym międzyczasie powstała czapka żabka dla Emilki, komin dla koleżanki z pracy i... etui na mój nowy czytnik! Tak, tak, podjęłam w końcu męską decyzję i kupiłam zastępstwo dla Kindle'a. Z różnych względów, między innymi finansowych, mój wybór padł na PocketBook Mini 515. Mam go od poniedziałku i jak na razie jestem zachwycona ;) W weekend planuję wpis porównawczy między Kindlem a PocketBookiem, wydaje mi się, że kilka osób, które się zastanawiają nad kupnem czytnika mogłoby być zainteresowane. Na razie napiszę tylko, że w przypadku czytników to jednak rozmiar nie ma aż takiego znaczenia ;)

A co do wyzwania, to dalej Malazańska Księga Umarłych i dalej Bramy Domu Umarłych. Zastanawiałam się dlaczego tak wolno mi ta książka idzie, skoro mi się podoba. I chyba znam odpowiedź. Bardzo dużo bohaterów, część o podobnych imionach, przeskoki między wątkami... Niby w "Pieśni Lodu i Ognia" jest podobnie, ale tam przynajmniej zostały poszczególne rozdziały podpisane odpowiednimi imionami, a w Malazańskiej Księdze Poległych w jednym rozdziale jest kilka wątków nie połączonych ze sobą bezpośrednio.
Na szydełku pełznie powoli do przodu plisa do ponczo, ale już wiem, że to będzie baardzo długa robótka i będzie dobrze, jak do Świąt skończę, bo mam dwa zamówienia, które są priorytetowe, na szczęście nie są jakoś bardzo pracochłonne.
A, to niebieskie to właśnie etui na czytnik ;)
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze ;)


Obsługiwane przez usługę Blogger.

Yarn Along

Obserwatorzy