"Łatwe Szydełko"

Chciałabym się dzisiaj podzielić z Wami moim odkryciem - magazynem Burdy "Łatwe szydełko".
Na polskim rynku prasy rękodzielniczej zdecydowanie brakuje pozycji, które nie byłyby tylko przedrukami z wzorami z prasy zagranicznej. Tak na dobrą sprawę, przy internecie, takie pisma nawet nie bardzo mają rację bytu, większość tego można znaleźć w sieci. Albo, co gorsza, w numerach sprzed kilku lat. Osobiście brakowało mi magazynu, gdzie oprócz fajnych pomysłów na szydełkowe prace, będę mogła poczytać coś więcej niż: "ta urocza serwetka z filigranowym brzegiem doda uroku każdemu pomieszczeniu". No trochę słabo, nie uważacie?

Od paru lat jednak zaczęło się to zmieniać. Pojawiło się "Molly potrafi", gdzie oprócz wielu projektów DIY, były i artykuły. Ale dla mnie to dalej nie było to, bo cóż... jestem dosyć monotematyczna, w zasadzie poza szydełko nie wychodzę ;p
I tu proszę bardzo, wchodzi Burda ze swoim magazynem "Łatwe szydełko". Gdy dziewczyny z grupy na fejsie wrzuciły zajawkę ze strony Burdy, wiedziałam, że 30 listopada zrobię rundę po kioskach, żeby zobaczyć, co tam nowego wychodzi. Nie miałam jakiś wielkich nadziei. W sumie podejrzewałam, że znowu będą wzory, może trochę lepiej wydane, z fajniejszymi zdjęciami.
A tu proszę, bardzo miłe rozczarowanie.
Przede wszystkim sam spis treści już pokazuje, że mamy do czynienia z czymś nowym na naszym polskim rynku. Tematycznie wszystko kręci się wokół zimy i okresu świątecznego:


Mamy więc czapki, szaliki, rękawiczki zebrane w rodzinny komplet:


Mamy ozdoby świąteczne, trochę w takim skandynawskim stylu:


Mamy też... ach, nawet gdyby ten magazyn się tak nie prezentował, to dla tego bym kupiła:

No cudny jest i wiem, że go zrobię jak tylko... no jak się wygrzebię, albo okaże się, że doba ma tak z 48 godzin...
Oczywiście to nie wszystkie wzory, pokazuję tylko to, co mnie szczególnie uwiodło. Oprócz tego są jeszcze: Hello Kitty, kolejny sweter, kwadrat babuni, poduszka, koc.
Ale jak wspominałam, "Łatwe szydełko" to nie tylko wzory. Jest również kącik "Rozmaitości", w którym znajdują się aktualne trendy, ciekawostki, nowości.

Ponadto można sobie przy kawce czy herbatce poczytać artykuły z naszego szydełkowego podwórka. W tym numerze o biciu rekordu Guinnessa w najdłuższej pomponowej girlandzie (Wielka Brytania)...

 oraz o Jo Hamilton, która szydełkuje portrety!

Ponadto znalazło się miejsce na kącik porad. Uważam się za osobę dosyć już doświadczoną w szydełkowaniu, jednak porady co do tworzenia próbek (których nigdy nie robiłam, bo wszędzie opisane były metody drutowe^^) były dla mnie czymś nowym.
Dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z szydełkiem jest krótka szkółka podstawowych ściegów.
W bardzo fajny sposób zostały zaprezentowane włóczkowe nowości. Z jednej strony krótki opis danej włóczki, z drugiej pokazano jak wygląda ten sam wyrób wykonany z każdej z nich:
Cóż więcej? Magazyn prezentuje się świetnie. Bardzo podoba mi się, że każdy wzór jest poprzedzony informacją, kto jest jego autorem. Mam nadzieję, że w kolejnych numerach pojawią się również wzory polskich autorek. Mam również nadzieję, że artykuły będą dotyczyły także naszego, krajowego podwórka.
Wiem, że dla wielu osób dużym problemem jest cena, 12,99 zł. Osobiście nie uważam jej za szczególnie wygórowaną, jeśli weźmiemy pod uwagę jakość wykonania i treść. To nie są zwykłe przedruki z zagranicznych pism. Nawet jeśli artykuły są tłumaczone, to jednak tłumaczowi trzeba tez zapłacić. Podejrzewam, że "Łatwe szydełko" nie będzie się ukazywać częściej niż raz na dwa miesiące, więc nie jest to aż tak duży wydatek.
Innym zarzutem jest, że wzory są opisowe, a nie ze schematu. No cóż... Wiadomo, że serwetkę lepiej robi się ze schematu, ale pewne rzeczy (zwłaszcza swetry) lepiej wytłumaczyć w opisie niż znakami. Ponadto większość zagranicznych wzorów to właśnie opisy.
Już nie mogę się doczekać kolejnego numeru!

Poza tym, żeby się zmusić do regularnego pisania, przystępuję do akcji Maknety:

Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Wpis urlopowy

Już prawie miesiąc minął od kiedy skończył mi się urlop. Zdjęcia swoje odleżały, ja prawie o wolnym zapomniałam, zatem to czas, aby się podzielić z Wami moimi wspomnieniami.
Pierwotnie nasze plany urlopowe były bardzo rozbudowane. Chcieliśmy pojechać w góry na tydzień, a resztę spędzić na krótkich wypadach po Dolnym Śląsku. Ale w międzyczasie przemyśleliśmy parę spraw i wszystko (no prawie) się zmieniło.
Po pierwsze, dojrzeliśmy do decyzji, że czas iść na swoje. Pochodziliśmy po paru budowach, znaleźliśmy idealne miejsce dla siebie. Zobaczenie swojego potencjalnego mieszkania zdecydowanie działa na wyobraźnię. Postanowiliśmy, że trzeba trochę zacisnąć pasa, żeby mieć lepszy start do kredytu.
Po drugie, nasze dwa potwory. Nie mogliśmy ich brać ze sobą, a nie chcieliśmy też angażować innych w długą opiekę nad nimi.
Po trzecie, obiecaliśmy siostrze mego Lubego, że ją w końcu nawiedzimy. I tak ostatecznie zamiast na południu, wylądowaliśmy na północy Polski ;)
Ale zanim wyruszyliśmy do Szczecina, zaliczyliśmy jeden punkt z naszej pierwotnej listy urlopowej - zamek Książ.
Zgodnie ze wskazówkami mojego Tatusia, wysiedliśmy w Świebodzicach z zamiarem dojścia do zamku na piechotę. Niestety, nikt z władz miasta nie pomyślał, że jakieś oznakowanie dla pieszych turystów się przyda. No ale, koniec język za przewodnika ;) Zdziwiło mnie tylko, że kogo nie pytałam po drodze słyszałam mniej więcej to samo: "Pani, to daleko, tam autobus jeździ. Zawróci Pani, tam na przystanek". Ale ostatecznie udało się nam dojść do zamku, nawet się nie zgubiliśmy. A sama "daleka" droga zajęła nam 40 minut w pięknych okolicznościach przyrody. Aż szkoda byłoby jechać autobusem.
Teraz będzie sporo zdjęć:





 Po zwiedzaniu zamku poszliśmy do Palmiarni. I tutaj niemiłe zaskoczenie. Jesteśmy pieszymi turystami, jak odległość nie przekracza jakiś 10 km, to idziemy, nie zastanawiając się nawet nad środkiem transportu. Więc do Palmiarni też postanowiliśmy iść. Spod samego zamku w stronę szklarni był piękny brukowany chodnik. Do momentu, gdy ulica nie doszła do głównej drogi, gdzie samochody jechały tak z 70 km/h... A pobocze w zasadzie nie istniało. Dobrze, że to było tylko kilkaset metrów, ale parę razy miałam duszę na ramieniu...







 Drugim punktem naszych wakacji był Szczecin. Szczerze mówiąc, jestem zaskoczona tym miastem. W zasadzie nie wiem, czego się spodziewałam, ale z pewnością nie takiej ilości zieleni. Jeśli gdzieś szliśmy, to zawsze przynajmniej jeden park, skwer, zagajnik przecinaliśmy. A do tego mają największy cmentarz w Europie! A ja tak lubię spacerować po nekropoliach.





 To tylko kilka migawek, bo zdjęć jest dużo więcej.
Na koniec jeszcze wpadliśmy na dwa dni do Kołobrzegu. A resztę urlopu spędziliśmy na zastanawianiu się, skąd wziąć pieniądze, żeby nie brać kredytu na mieszkanie^^.

Dzięki bardzo za wszystkie odwiedziny i komentarze :)











Obsługiwane przez usługę Blogger.

Yarn Along

Obserwatorzy