Dzień 14. - Mały

Słowo mały kojarzy mi się z... ze mną ;p Takie samolubne skojarzenie ;p Ale cóż, Bozia wzrostu mi poskąpiła i na żadnym etapie swojego życia nie wybijałam się na tle grupy rówieśniczej. Moje 1,53m raczej nie jest wynikiem spektakularnym.
Znacie to powiedzenie o staniu w kolejce do Boga po określone cechy? Że ktoś stał w kolejce po wzrost, ktoś po mądrość? No to ja stałam w dwóch: po cycki, ale kolejka była za długa i się nie dostałam i po kebab ;p
A tak poważnie, to mój wzrost nigdy mi nie przeszkadzał. Dzięki niemu zawsze byłam klasową maskotką ;p a dzięki mojej dość dziecięcej buzi, do tej pory zdarza się, że pytają mnie o dowód. Prawie że wieczna młodość ;)
A teraz zdjęcie z gatunku: nie wiedziała, co wstawić, to macie Manata ;p

Dzień 11. - Cztery

Cały dzień zastanawiałam się skąd Maknecie wzięło się to cztery. Na taki dzień, jak dziś spodziewałam się raczej tematu: ojczyzna, bohater, raczej coś w tę stronę. Aż w końcu, po skomplikowanych obliczeniach, zrozumiałam. To 4 to też do dzisiejszej daty się odnosi. W końcu cztery jedynki dzisiaj.
Ale nie o naszej Niepodległości chciałam dzisiaj pisać, tylko o magii liczb. A właściwie o tym, jak łatwo można się w nią wkręcić. W naszej kulturze szczególne znaczenie przypisuje się trójce (bo Trójca Święta, Trzej Mędrcy ze wschodu - chociaż w Piśmie Świętym nigdzie nie ma podanej liczby, trzykrotne zaparcie się Piotra, ale także - trójgłowy Cerberus, trzy Gracje) i siódemce (siedem dni tygodnia, siedem kolorów tęczy, siedem wzgórz Rzymu, siedem Hesperyd). Dodatkowo można robić różne kombinacje z całymi cyframi, które tworzą daty. Bardzo łatwo jest przypadkowym liczbom i cyfrom nadać znaczenie. Pamiętam, jak przy śmierci Jana Pawła II często gęsto pojawiały się różne magiczne obliczenia, które miałyby wskazywać na jeszcze większą niezwykłość jego osoby - jak chociażby jak godzina jego śmierci, po dodaniu wychodziło 13, czyli tylu ilu apostołów plus Jezus. No różne kombinacje można było robić. Nawet na religii ksiądz się z nami w coś takiego bawił, a wychodziły nam różne zabawne rzeczy, jak łączenie mistycznymi, liczbowymi więziami Hitlera, Stalina i Jezusa. Jak człowiek się uprze, to wszędzie znajdzie powiązania, tak się rodzą teorie spiskowe ;)
A co do czwórki... Szynszyle mają cztery łapki:

Dzień 10. - Jutro

Z jedodniową obsuwą, ale przecież dzisiaj, to wczorajsze jutro?
Dla mnie jutro, to przede wszystkim nadzieja, że będzie lepiej. Ze wszystko się zmieni. A po nocy następuje kolejny dzień, gdy wszystko może się zmienić. Oby na lepsze. Bo w tej chwili, to już chyba gorzej być nie może, niestety. Do choroby taty doszła choroba wujka i złamana ręka mamusi. Więc chyba limit nieszczęść już wyczerpaliśmy? Jutro z pewnością będzie lepiej!

P.S. Dzisiaj mam nadzieję, jeszcze dzisiejszy wyzwaniowy post się pokaże ;)

Dzień 9. Obraz

Zastanawiałam się, co dzisiaj pokazać. Pierwsze, co mi przyszło do głowy to: obraz nędzy i rozpaczy. Ale nie chcę się dołować.
A później pomyślałam: Wrocław i obraz. I sprawa stała się oczywista. Panorama Racławicka!
źródło: gazeta.pl
"Bitwa pod Racłwicami", która znajduje się w Panoramie, to gigantyczne płótno - 120x15m autorstwa Jana Styki i Wojciecha Kossaka. Jest hiperrealistyczna, niby jeden obraz, ale jak się go ogląda to wywiera duże wrażenie. Zwłaszcza, że nie wisi sobie po prostu na ścianie, ale zostało do niego dobudowane dekoracje. Pierwotnie obraz znajdował się w Lwowie (od 1894 do 1944r.) W 1944 roku obraz został lekko uszkodzony w trakcie bombardowania. Aby uniknąć dewastacji przez zbliżającą się Armią Czerwoną, "Bitwa pod Racławicami" została zwinięta w rulon i schowana w klasztorze bernardynów. Po wojnie na mocy porozumień rządu polskiego i ZSRR udało się odzyskać część polskich zbiorów, która została na kresach, między innymi Ossolineum i "Bitwę pod Racławicami".
Ale płótno Kossaka i Styki musiało jeszcze długo czekać na ekspozycję we Wrocławiu. Co innego posiadać płótno pokazujące zwycięstwo nad Rosją, a co innego to pokazywać. Pierwszy raz obraz udostępniono widzom dopiero w 1985 roku, już w specjalnie wybudowanym budynku. Od tego czasu stał się jedną z atrakcji Wrocławia i wciąż przyciąga rzesze turystów.
A Wy, odwiedziliście kiedyś Panoramę? Jak Wasze wrażenia?

Dzień 8. - Podziwiam

Miałam wczoraj pisać o nogach. To był pierwszy temat, na który od początku wiedziałam, co napisać i co pokazać. Ale wczoraj wypadła mi jedna bardzo ważna rzecz i wszystko się zmieniło... Myślałam, że w takim razie dzisiaj zrobię kombinowany post... Chciałam zrobić zdjęcia, ale mój model w ciągu dnia mnie ciągle zbywał. Jak się w końcu zabraliśmy za zdjęcia to wyszły... tragicznie. Więc kwestię nóg na razie zawieszam. Mam nadzieję, że Makneta nie pogniewa się, jeśli za tydzień na przykład wrócę do tego tematu ;)
A dzisiaj "Podziwiam". Tutaj nie mam żadnych problemów, żeby określić kogo. Podejrzewam, że nie tylko ja, na pytanie, kogo podziwiam odpowie, że swoją Mamę.
W moim wypadku, to aż wstyd byłoby wskazać na kogoś innego. Oczywiście, są osoby warte szacunku za to, co zrobiły, jak Jan Paweł II, Wałęsa, czy ktokolwiek z historii. Ale dla mnie zawsze bardzo ważna była ta osobista bohaterka - Mamusia.
Zamiast Mamusi - droga, bo nie wiem, czy by chciała krążyć po internecie ;)

Bo jak tu nie podziwiać kobiety, która odchowała pięcioro dzieci, większość wysłała na studia (oprócz brata, który stwierdził, że woli gotować ;P), a jednocześnie ciągle była aktywna zawodowo i zbierała nagrody za zaangażowanie. Codzienne wczesne wstawanie, żeby nas wyprawić do szkoły, świeże bułki na śniadanie i obiad gotowany każdego dnia. Wstawanie w nocy do naszych chorób, zmienianie tysięcy pieluch. I nigdy się nie skarżyła. Można powiedzieć Matka-Polka. Ale nie w tym negatywnym znaczeniu. Bo może przestała się malować, ale zawsze ładnie ubrana, uczesana. Czasu dla siebie nie miała za wiele, ale jednak udawało jej się coś ta wygospodarować, żeby poczytać coś innego niż lektury do podstawówki. Teraz czasu ma trochę więcej, my dorośliśmy, a Ona przeszła na emeryturę, jednak choroba taty nie pozwala jej się tym wszystkim tak cieszyć.
Jedno jest pewne. Chcę być taką osobą jak moja Mamusia.

Dzień 6. - Niebieski


To moje pierwsze skojarzenie z niebieskim^^.
Wiecie dlaczego, wrocławskie tramwaje są właśnie niebieskie? Wytłumaczenie jest banalnie proste. Przed wojną linie tramwajowe nie były numerowane. Poszczególne trasy były obsługiwane przez różnych przewoźników, którzy swoje wozy tramwajowe malowali na określone kolory. Gdy Wrocław wrócił do macierzy (jak to wtedy ładnie mówiono) postanowiono cały tabor przemalować na jeden kolor. A że w zajezdniach zalegała niebieska farba...

Dzisiaj jakoś tak krótko ;)
Ale na koniec jeszcze letnie niebo i morze w przepięknym kolorze ;)


Dzień 5. - Prosty

No nie powiem, mam zagwozdkę z tym tematem. Nie wiem, o czym by tu napisać. Jedno z pierwszych skojarzeń, jest czysto dziewiarskich, czyli - proste jak drut ;)
Ale tak naprawdę pierwsze skojarzenie, które mi przyszło do głowy to "prosto do celu". Od razu zaznaczam, że zdecydowanie nie chodzi mi o po trupach do celu.
W sumie to nie wiem, skąd takie pierwsze skojarzenie. Może to dlatego, że sama raczej sobie życie skomplikuję, niż ułatwię ;p Jak są dwa rozwiązania, to prawie na pewno, ja wybiorę to bardziej pracochłonne i trudniejsze. I nie zawsze ze względu na chęć sprawdzenia się. Czasem po prostu mi się wydaje, że jest łatwiejsze/szybsze.
Ale to powiedzenie można odnieść do dziergania, każda z nas chce, żeby wszystko szło prosto do celu... ale nie zawsze tak się da ;) Prucie to część naszego życia ;) Ale dzięki temu, chociaż droga do końca się wydłuża, możemy się cieszyć przygodą z danym projektem ;)
Ponieważ nie wiem, czym ten post zilustrować wstawiam zdjęcie śpiącej Pusi :) Takie szynszyle to mają proste życie ;) spanie, jedzenie, bieganie, gryzienie :D

Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Dzień 4. - List. WCiD "Bogowie, honor, Ankh-Morpork"

Hm, hm. Od czego tu dzisiaj zacząć, skoro nakładają się dwa wyzwania...
To może najpierw list...
Próbowałam sobie cały dzień przypomnieć, kiedy ostatni raz napisałam lub dostałam list pocztą, który nie był pismem urzędowym. I konkluzja jest bardzo smutna, bo to było chyba gdzieś na studiach... A oczekiwanie na listonosza było takie ekscytujące.
Pamiętam, jak jeździliśmy do babci na wakacje, praktycznie na całe dwa miesiące. To była tak wiejska wieś - brak kanalizacji, brak telefonów, brak sklepu. Ale za to las, łąka, rzeczka, krowy, świnie kury. Miałam napisać, że to tak niedawno, ale w sumie to 15 lat minęło... W każdym razie, żeby utrzymać kontakt z domem lub ze znajomymi słało się listy. Najpierw wybór papeterii, później pisanie, uważne, żeby list pięknie wyglądał. I wyprawa na pocztę do miasteczka. I oczekiwanie na odpowiedź. I jak już się ją dostało, to człowiek to doceniał. Bo ktoś też się postarał, żeby odpowiedzieć, bo napisał ręcznie i poszedł do skrzynki na listy. Żałuję, że nie zachowałam żadnego listu. Moje dzieci pewnie nie będą nawet rozumieć, po co pisać coś ręcznie, skoro są komputery.
Chociaż... są pewne listy, które przetrwają i to właśnie w papierowej formie. Listy do Świętego Mikołaja ;) Sama dopilnuję, żeby moje przyszłe pociechy wiedziały, jak się normalny list pisze, ze wszystkimi zasadami, żeby tak samo jak ja z niecierpliwością czekały na Mikołaja, który zabierze list, a później zostawi prezenty zgodnie z życzeniami. Już wcześniej pisałam o tradycji mikołajkowej u mnie w domu. Ale nie pisałam, jak się ze starszą siostrą włączyłyśmy do zabawy. Między mną, a moją najmłodszą siostrą jest 6 lat różnicy. Więc jak ona zaczęła już tak więcej kojarzyć, razem ze starszą siostrą byłyśmy już dosyć kumate i w międzyczasie dowiedziałyśmy się już, jak wygląda sprawa z Mikołajem. Gdy Gosia (ta najmłodsza) poszła do szkoły pojawił się problem. Wszystkie dzieci zostały już uświadomione, że to rodzice dają prezenty, a nam zależało, żeby jednak ciągle jeszcze wierzyła. Zwłaszcza, że poszła do szkoły rok wcześniej. Co więc z siostrą zrobiłyśmy? Po pierwsze namówiłyśmy ją, żeby jednak list do Mikołaja napisała. Gdy zasnęła zwinęłyśmy list, a następnego dnia na niego odpowiedziałyśmy. Ale nie, że tylko napisałyśmy. To byłoby za proste. List został nadgryziony przez renifera (oderwany róg), a atrament został rozmyty przez śnieg (woda). Gosia się nam parę lat temu przyznała, że ten list sprawił, że jeszcze przez kolejne 3 lata wierzyła, że Mikołaj rozdaje prezenty. Ehhh, piękne czasy ;)

A teraz drugie wyzwanie :) Dalej czytam kolejne części "Świata Dysku". Jestem doprawdy zachwycona :D ten humor, opisy. No majstersztyk! Właśnie tego mi teraz trzeba, czegoś lekkiego i zabawnego. Aktualnie na czytniku mam "Bogowie, honor, Ankh-Morpork". O czym?
Na morzu pojawia się tajemnicze miasto. Miasto niczyje... A wiadomo, w przyrodzie, a w zasadzie w polityce, nie ma czegoś takiego jak "niczyje". Pretensje do nowej ziemi zgłaszają obywatele Ankh-Morpork i Klatchu. W Ankh zaczynają rosnąć nastroje antyklatchiańskie, więc do akcji wkracza Straż Miejska. Ale nie byle jaka. To instytucja, która pokazuje przekrój przez całe społeczeństwo: mamy więc ludzi, trolle, krasnoludy (a właściwie krasnoludzicę), wilkołaka, gargulce (które wolą siedzieć na dachu), człowieka, wychowanego przez krasnoludy, zombie, zwykłych ludzi, a także Nobbiego, który nie wiadomo, do której grupy należy (podobno jest osobnym gatunkiem...). Przy takiej zbieraninie najprostsze czynności służbowe nabierają nowego wymiaru, o czym przekonuje się komendant Vimes.
Na szydełku zaś robi się czapka.

Dzień 3. - Pycha

Kolejny dzień i kolejne wyzwanie. Już Izzy zauważyła, że słowo jest dwuznaczne. Ponieważ przedwczoraj pisałyśmy o jednej niezbyt miłej emocji, dzisiaj chcę podarować sobie pychę, jako jeden z grzechów głównych i skupię się na tym, co dla mnie jest pycha ;)
Generalnie, jak mam wybór między słonym, a słodkim, wybiorę słone. Jakoś tak mam, że słodycze są spoko, ale mogę spokojnie z nich zrezygnować. Co nie znaczy, że jak mam upiecze ciacho to powiem nie ;) A mama ma talent do pieczenia, jak ona coś wymyśli, to nie ma możliwości, żeby ciasto zostało dłużej niż 24h. Pamiętam, jak byłam mała, jak się wylizywało miskę i te takie od miksera :D I kogel-mogel, to było pycha!
Ale najpyszniejsze są pierogi. To jedno z tych dań, które, jakby ktoś mi postawił pod nosem, to bym jadła i jadła i jadła. Aż bym pękła. Dzięki temu zrobiłoby mi się miejsce i dalej bym jadła :D Współczuje krajom, które nie mają pierogów ruskich. Co tam jakieś pizze, frytki, hamburgery... pierogi, to jest to!
Chociaż zdarzają się też profanacje... Na studiach na wakacje wyjechałam do Niemiec, mieszkałam z koleżanką u niemieckiej rodziny. W ramach odwdzięczenia się za gościnę postanowiłyśmy zrobić pierogi. Pomijam kwestię dostania normalnego twarogu w Dortmundzie (wtedy jeszcze nie było tak dużo sklepów polskich)... W każdym razie, farsz przyprawiłam tak jak lubię, czyli sporo pieprzu, sól, cebulka. Ugotowałam w osolonej wodzie... A oni... oni... posypali je cukrem. Z cynamonem. To większa zbrodnia niż placki ziemniaczane z cukrem...
Albo pierogi z kapustą i grzybami... Takie są tylko raz w roku i czekam na nie z niecierpliwością. A najlepsze są na drugi dzień, jak trochę nawet obeschną. Pod warunkiem, że mi brat ich nie zje, albo nie schowa (tak, mamy po dwadzieścia parę lat, ale jedzenie chowamy co najmniej jakbyś przeżyli wojnę... albo jak dzieciaki, które chowają słodycze).
Powinnam teraz dodać jakieś zdjęcie jedzenia, ale nie mam. Więc wstawię zdjęcie Ciri, która je. Dla niej wszystko jest pycha (zwłaszcza guziki od pilota...)

Swoją drogą, nie uważacie, że to dziwne, że to samo słowo oznacza, że coś jest smaczne, ale także negatywną cechę bycia zbyt pewnym siebie?

Dzień 2. Ranek

Jestem zdecydowanie zwierzę poranne. Nie ranny ptaszek, bo jednak samo wstawanie to żadna przyjemność, ale jednak z samego rana dużo lepiej mi się pracuje.
Jak byłam na studiach, wolałam wcześniej się położyć spać i wstać o tej 4.00 i się dalej uczyć, niż siedzieć do po północy. Ale też w tak licznej rodzinie łatwiej było znaleźć chwilę spokoju nad ranem, niż nawet późnym wieczorem.
Nie da się ukryć też, że moim niedoścignionym wzorem (nie tylko w kwestii poranków) jest mama. Budziła się koło 5.00, szykowała śniadanie tacie do pracy, kanapki dla nas do szkoły (kanapki dla piątki dzieciaków!), jak byliśmy młodsi, to jeszcze śniadanie w domu dla nas. Dodatkowo przyszykowane picie do szkoły, porozlewane do małych półlitrowych butelek. Ziemniaki do obiadu obrane, zupa ugotowana. I jak nie wierzyć we wróżki?
Ale szczególnie magiczne były poranki mikołajkowe. Jeszcze co prawda miesiąc do Mikołajek, ale jeśli jakiś poranek jest wyjątkowy dla dzieci, to właśnie ten 6 grudnia.
Moi rodzice bardzo dbali o to, żebyśmy długo wierzyli w Św. Mikołaja. Kazali nam listy pisać, zabierali je w nocy, prezenty podrzucali... Jak byłyśmy małe poprosiłyśmy mamę (zmusiłyśmy ją, bądźmy szczerzy^^), żeby upiekła dla Mikołaja ciasto. Chcąc nie chcąc mama zrobiła babkę łaciatkę, ukroiła kawałek i powiedziała, że to dla tego czerwonego grubaska. No ale jak, tak tylko kawałek? Ostatecznie zostawiliśmy dla Świętego całą keksówkę. Rano, ciasta nie było. Tata zjadł. To znaczy, wtedy Mikołaj, o tym, że to tata dowiedzieliśmy się dopiero parę lat temu. Albo jak byłyśmy z siostrą w pierwszych klasach podstawówki zamiast prezentów znalazłyśmy liścik: Nie będzie prezentów, dopóki nie będzie porzadku. I porządek zrobił się w 10 minut (a niezły bałagan był, jak to u dzieci). Prezenty się magicznie znalazły. To oczekiwanie na poranek 6 grudnia do tej pory mi zostało, chociaż już od dawna wiem, jak kwestia Mikołaja wygląda.
Jak moje dorosłe poranki teraz wyglądają? W tygodniu są bardzo krótkie - trwają od 5.45 do 8.00. Czemu tak? O 5.45 wstaję, o 8.00 zaczynam pracę, która jest dla mnie osobną porą dnia^^.
Po obudzeniu daję sobie jakieś 10 minut na rozruch - szybkie sprawdzenie prasy internetowej. Później prysznic i do kuchni.


W zasadzie moje poranki to głównie kuchnia. Jest nas raptem dwójka, a w kuchni siedzę dobrą godzinę ;p Czemu tak? Jestem Matka-Polka bez dziecka. Po pierwsze robię sobie obiad do pracy, najczęściej jakaś sałatka. Po drugie robię jedzenie do pracy dla Lubego. A że ma teraz aparat na zębach to nie może wszystkiego jeść. No i ma alergię pokarmową. I refluksowe zapalenie przełyku. I nie wszystko mu smakuje. No masakra. Więc mu kombinuję. Oprócz tego jeszcze obiad na po pracy. I śniadanie w domu^^. Więc trochę tego jest. Ale wiecie co? Lubię to. Jedyne, co mnie wkurza w tym, to ta góra garów... Nie mogę się doczekać zmywarki...
Prawie całe jedzenie z dzisiejszego ranka, zabrakło tylko parówek ;p
O 6.20 wstaje Luby i do prawie 7 dojrzewa w łóżku.
Hmm... teraz jak to piszę, to widzę, że może to zostać odebrane trochę jako jakaś patologia^^ Pan leży, a ja latam wokół z garami. No cóż... może tak trochę ejst, ale ja lubię gotować, więc chyba aż takiej tragedii nie ma.
O 7.00 jemy śniadanie, do którego lubię  sobie poczytać (wiem, że niezbyt zdrowo...), później Luby idzie do łazienki, a ja szykuję się do wyjścia, doprasowuję się, maluję i te inne babskie sprawy. Najpóźniej o 7.35 wychodzę z domu na tramwaj (chwała Bogu, że przystanek mam pod nosem), i przed 8.00 jestem w pracy. Tramwaj to mój czas na szydełkowanie.
I tak mija każdy poranek w tygodniu. Weekend to zupełnie inna bajka, ale za każdym razem wygląda inaczej ;)

P.S. Post miał się pokazać po moim powrocie z pracy, ale wylądowałam z Lubym na świątecznej opiece medycznej. Spokojnie, nic się ostatecznie nie stało. Oboje żyjemy ;p

Dzień 1. Smutek

Nie dziwię się, że Makneta, jako pierwsze hasło do swojej akcji wybrała smutek.
Pierwszy listopada to dzień zadumy i wspominania naszych bliskich (chociaż tak de facto dzień zaduszny to 2.11.). I choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, to ten smutek, tęsknota, za tymi którzy odeszli jednak się pojawia...
Jestem osobą z natury pogodną, podobno nawet niezbyt przejmującą się. Ale oprócz tego jest strasznie wrażliwa, wręcz przewrażliwiona. Część swoich smutków i zmartwień chowam w sobie, dopiero, jak już nie mogę czegoś utrzymać w sobie, to się tym ciężarem dzielę z innymi.
W ostatnich tygodniach mam bardzo ciężką sytuację rodzinną. Boję się, że kolejne święta zaduszne nie będą już dla mnie tak łatwe. Gorzej, boję się, że już nawet Boże Narodzenie nie będzie dla mnie świętem radosnym.

Kilka tygodni temu okazało się, że tata ma raka. Niestety, jego niechęć do lekarzy okazała się tak duża, że gdy wylądował w szpitalu badania wykazały, że ta paskuda nie dość, że jest ogromna, to jeszcze dorobiła się przerzutów. Ile się dało, tyle starałam się być jak Polyanna, widzieć dobre strony w całej sytuacji. Najpierw, że tatę dobrze i dogłębnie (taki ponury żarcik, biorąc pod uwagę kolonoskopię) przebadają. Później, gdy po pierwszych badaniach wykluczono jelito i płuca trochę odetchnęliśmy z ulgą. (W zeszłym roku moja ukochana ciocia zmarła na raka płuc, a sześć lat temu pochowaliśmy babcię, która z kolei miała raka jelita grubego.) W trakcie USG wyszło, że jest coś na wątrobie, ale przecież to nie problem! Przeszczepy wątroby to prawie norma, nas dzieciaków jest piątka, na pewno ktoś mógłby być dawcą. Ale zrobili kolonoskopię i wyszło... Jednak jelito grube. Radiolog tak wielkiego nowotworu w tym miejscu nie widział. Później jeszcze okazało się, że na USG wyszły też zmiany w płucach... Więc dobrze nie jest. Co dalej? Jutro konsylium, okaże się, czy operacja, czy chemia. I okaże się też, jak miną nam święta...

Szczerze? Pogodziłam się już jakoś nawet z tą najgorszą perspektywą. Ale to, co mnie najbardziej smuci i przeraża, to to, że tata żyje z perspektywą wyroku. Jakie to musi być straszne uczucie, gdy wiesz, że lada chwila wszystko może się skończyć... Kiedy zaczynasz się zastanawiać, czy jest sens wybierać, co na obiad, skoro możesz za kilka tygodni już nie żyć? Skoro w zasadzie jedzenie Cię zabija? I w tym wszystkim jeszcze moja mama... Która nigdy łatwo nie miała. Odchowała piątkę dzieci. W większości już wyfrunęliśmy z gniazda, dalej odwiedzamy często rodziców, ale nie oszukujmy się... Co innego wpaść na chwilę, wiedząc, że zaraz się wróci do siebie, a co innego siedzieć w domu i nie mieć gdzie uciec choć na chwilę, żeby zapomnieć. A tata łatwy nigdy nie był, zawsze miał fochy (prawie jak kobieta, tylko gorzej). Choroba tylko pewne kwestie wyostrzyła.
No nic. Pożaliłam się, posmutałam. Proszę Was o wsparcie, osoby wierzące o modlitwę, niewierzące chociaż o kilka ciepłych myśli.
Wierzę, że wszystko dobrze się skończy, że znajdziemy w sobie siłę, żeby to razem przejść. I mimo wszystko dalej będę patrzeć na świat optymistycznie, bo ze wszystkiego da się wycisnąć chociaż trochę dobra ;)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Yarn Along

Obserwatorzy