Zainspiruj się - LUTY

Już jutro zaczynamy kolejny miesiąc tego roku. Jeśli jeszcze nie wiecie, co by tu wydziergać, podsyłam Wam kilka inspiracji.

Wiadomo, luty - Walentynki, chyba najbardziej oczywiste skojarzenie. Więc będzie sporo serduszek. Ale jak mówi też staropolskie powiedzenie - Idzie luty - kuj buty, będą nas czekać zapewne jeszcze mrozy, więc i parę projektów, żeby nie zmarznąć też podrzucam.
To co? Jesteście ciekawi, co Wam zaproponuję na kolejne zimowe wieczory?

Wszystkie zdjęcia są własnością ich autorów i służą jedynie za ilustrację tych cudowności.
Zdjęcia pochodzą z Ravelry z poszczególnych wzorów. 


  • Wiadomo, że zimne wieczory najlepiej spędzać pod ciepłym kocem, co zatem powiecie na taki pled z sercami? Z pewnością przyjemnie się pod nim grzeje z drugą osobą ;) DARMOWY WZÓR
  • Skoro już mamy się pod czym grzać, to może wspólna herbatka. A żeby nie stukać kubkami po stole, co powiecie na takie urocze podkładki? DARMOWY WZÓR
  • Jeśli boisz się, że Twoje słoiki marzną w piwnicy, możesz zrobić im słodkie ubranko z sercem. Niech Twoje przetwory również mają coś z walentynek! DARMOWY WZÓR
  • Dom już mamy gotowy na walentynki, czas na nas :) Wzór na czapkę, co prawda dla dziecka, ale cóż to za problem dla dziewiarki powiększyć ;) PŁATNY WZÓR
  • No i oczywiście coś dla naszych panów. W końcu im prezent na ten uroczy dzień również się należy :) Chociaż i tak jestem za tym, by świętować swoje uczucia cały rok i nie czekać specjalnie do lutego. Ale wracając do tematu! Raczej żadnego Pana nie namówimy na szalik w serca, więc tym razem coś ponadczasowego i męskiego - szalik-prawie-w-warkocze. DARMOWY WZÓR
Przypadło Wam coś do gustu? Już wiem, że szalik koniecznie będę musiała zrobić, jest przepiękny! I darmowy :)

Zestaw zdjęciowy

Pamiętacie czerwone buciki, które prezentowałam w ramach akcji "Zdążyć przed Świętami"? Oprócz nich w tym samym czasie powstał cały komplet do sesji noworodkowych.
Kojarzycie na pewno te słodkie zdjęcia ze śpiącymi maluchami, które wyglądają jak małe aniołeczki, po których nie widać, że właśnie nie dały pospać rodzicom^^. W kilka takich sesji też będę miała swój wkład.
Szczerze mówiąc nie byłam pewna wykorzystania tak kolorowej włóczki w crocodille stitch. Wydawało mi się to strasznie pstrokate. Ciężko się zastanawiałam, czy nie spruć tego i spróbować ciąć włóczkę. Ale wiecie co? Zrobiłam buciki i czapeczkę, położyłam obok siebie, zrobiłam zdjęcia (oczywiście na zasadzie: o matokobosko, zdjęcia, zdjęcia, szybko, szybko, trzeba już wysyłać paczkę, zdjęć nie ma!)... I popatrzyłam na całość... I pomyślałam: Olka, całkiem zacne to wyszło. Do tego zielone majtasy, które tonują całość... Napiszę nieskromnie: wyszło całkiem dobrze. Z resztą popatrzcie sami:



Materiały:
buciki i korpus czapki: Alize Burcum Bebe Batik, kolor 4852 - 1,5 motka
majtasy i wierzch czapki: Himalaya Everyday Anti-Pilling, kolor 11 - 3/4 motka
szydełko: 4,5
wzory: czapka, buciki, majtasy 

A jak Wam się podoba?

Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze.

Tęsknota za Zachodem - Simply Crochet

Lubicie kupować gazety specjalistyczne poświęcone swojemu hobby? Ja bardzo. Świetne są magazyny poświęcone kolarstwu, czy to szosowemu, górskiemu, czy nawet zwykłej turystyce rowerowej. Są dobre gazety o wędkarstwie, o bieganiu, o gotowaniu nawet nie wspomnę. I w tym wszystkim jest ciągle potężna nisza, której nikt nie kwapi się zagospodarować.
Chodzi oczywiście o dzierganie. Sama prasa ogólnorękodzielnicza ma się nie najgorzej, od kiedy mamy polską wersję "Mollie Potrafi" i "Crafty". Tylko, co z osobami (jak ja na przykład), które wiedzą, że filcowanie ich nie kręci, na ręcznie robioną biżuterię to wolą popatrzeć, niż samemu zrobić...?
Ponad rok temu pojawiło się światełko w tunelu, gdy polski oddział Burdy wydał "Łatwe szydełko". Już sądziłam, że oto pojawiło się pismo dla mnie - o szydełkowaniu, dla szydełkujących. Nie jakieś tam przedruki wzorów z niemieckich czy czeskich gazet sprzed kilku lat, drukowane na papierze, który się rwie od samego patrzenia... Tylko porządny miesięcznik, a niechby i kwartalnik!, gdzie znajdę inspiracje, poczytam o ciekawych ludziach, miejscach i wydarzeniach.
Ale z nieznanych mi przyczyn była to tylko ta jaskółka, co wiosny nie czyni.

"Łatwe szydełko" było tłumaczeniem i polską interpretacją brytyjskiego magazynu "Simply Crochet". Ponieważ nie udało mi się doczekać kolejnego numeru polskiej wersji, użyłam swoich kontaktów i trafił do mnie świąteczny numer oryginalnego "SC".
Popatrzmy zatem, co ciekawego czeka na brytyjskie maniaczki szydełka.
Pierwsze, co się mi rzuciło w oczy, to to, że oprócz samej gazety, dostajemy - kalendarz ścienny z mandalami, które po pierwsze możemy pokolorować (nawet dołączono kredki!), a po drugie mogą służyć za inspiracje do serwetek, a oprócz tego jeszcze wkładkę ze wzorem na potworzaka i gazetkę reklamą wysyłkowego domu handlowego.

Kolejna sprawa - papier. Nie jakiś twór pokroju tego, na czym drukowane są programy telewizyjne. To porządny, gruby, może nawet kredowy papier. Matowy, więc nic nam się bez potrzeby z nim nie odbija. Oczywiście można podnieść larum, że to nieekologiczne, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby później taką gazetę oddać do składu makulatury.
No i sama konstrukcja magazynu. To nie jest zbiór samych wzorów i kolorowych zdjęć. Wydaje mi się, że taka forma wydawnictw rękodzielniczych, gdzie mamy tylko schematy, powinna powoli odchodzić do lamusa, skoro wszystko jest w internecie (Ravelry, moja miłości).
Chociaż przyznaję się bez bicia, że regał poświęcony rękodziełu to mój stały punkt odwiedzin w Empiku...

W "Simply Crochet" mamy oczywiście wzory na różne mniejsze lub większe projekty (ważna uwaga - wszystkie są pisemne, nie ma wzorów graficznych) - ten piękny sweter z okładki (raz, dwa, trzy zaklepuję, jest mój!), chusta, ale również muffinowa ozdoba na długopis (przesłodka!), skarpeta na prezenty (w końcu jest to numer świąteczny) i różne inne drobne ozdoby.


Ale oprócz tego mamy również artykuły o projektantkach, o blogerkach. Nawet porównanie włochatych włóczek!
Właśnie takiego magazynu mi brakuje... Do szydełkowania i czytania... Niechby to nawet nie był miesięcznik, ale żebyśmy nie mieli takiej posuchy.
A jak Wy uważacie? Wystarczy to, co nam rynek prasy rękodzielniczej oferuje, czy też byście chcieli powiewu świeżości z Zachodu? Może to moje marzenie jest nierealne, bo po prostu nie ma zapotrzebowania na takie pisma? Jak uważacie?

WCiD - W zasadzie... to bez zmian...

Zastanawiałam się, czy jest sens dołączać się w tym tygodniu do wyzwania Maknety, skoro dalej czytam to samo...
Ale ciągle mam mocne postanowienie, żeby się chociaż te dwa razy w miesiącu z Wami spotkać przy książce i robótce. Zatem oto jestem!
Tak jak wspomniałam, książka ta sama, ale już finiszuję. Po tych kilkuset stronach (czytnik pokazuje, że jest ich ponad 500...) już się pogodziłam ze stylem tłumaczenia i oczy aż tak bardzo nie krwawią... ale nauczkę mam, więcej tego błędu nie popełnię.

W kwestii robótki... Na zdjęciu jest małe przekłamanie. Różowy sweter jest na finiszu, w zasadzie już, już się kończy. To wrzuciłam na zdjęcie kolejną rozgrzebaną robótkę, którą od czasu do czasu robię, gdy się znudzę różem. A chustoszal muszę też jak najszybciej skończyć, bo mój virus nie bardzo forum czapki pasuje...
A co Wy ciekawego czytacie i dziergacie?

Spotkanie na szczycie

Wiecie, jaki jest najlepszy czas na dzierganie różności? Nie zbliżające się święta różnej maści i nawet nie jesień i zima, gdy w zasadzie nie ma lepszego lekarstwa na chandrę niż koc, herbatka i robótka. Najlepszy czas to okres około narodzinowy u znajomych. Bo chociaż ciepły sweter jest świetny na mrozy, a ręcznie dziergana chusta może wprawić w zachwyt koleżanki, to jednak nic nie sprawia chyba takiej radości jak zabawki, kocyki i inne akcesoria dla dzieci. Raz, że co małe, to słodkie (jestem tego najlepszym przykładem^^ czysta słodycz), a dwa, że wdzięczność i zachwyt młodych rodziców działa jak miód na serce. Takimi drobiazgami zachwycają się i młodzi ojcowie, zazwyczaj nieczuli na wdzięki dzierganych prac.
I właśnie dzisiaj przedstawiam Wam właśnie kolejną pracę dla maleństwa – Mysza Bezimienna. Może, gdy Mała właścicielka podrośnie sama nada jej imię.

Zostałam poproszona o wykonanie myszki. Przejrzałam zasoby Internetu, na tydzień przepadłam w otchłani Pinterestu, na kolejny na Ravelry i gdy dom już zarósł kurzem wiedziałam już jedno… Z jakiegoś dziwnego powodu mysz w wersji żeńskiej musi być baletnicą*… Co nie bardzo mi się uśmiechało, bo chciałam czegoś ciut bardziej oryginalnego. I wymyśliłam Mysz-dzikuskę. Zamiast tutu zrobiłam więc coś na kształt spódniczki hawajskiej. Dzięki temu dziecięce rączki mają dodatkowe zajęcie w postaci tarmoszenia listków.

I tak właśnie powstała Mysza, która zanim wyruszyła w daleki świat spotkała się z Kłólikiem Emilki na herbatce.

 Dziewczyny okazały się strasznymi łakomczuchami i niestety pożarły wszystkie ciastka, zanim zaczęła się sesja zdjęciowa...
Brzuch taki duży... tyle ciastek na raz to może jednak zły pomysł?

Chyba czeka mnie dieta...

O taki ogonek mam :)
Jakie ważne tematy poruszały? Pewnie Kłólik udzielała rad, jak żyć z maluchem… Że dziecięca ślina nie jest żrąca i to po prostu specyficzny sposób na okazanie miłości…
Po wspólnie spędzonym popołudniu Mysza udała się w podróż do nowej koleżanki, Panny G. Mam nadzieję, że to początek wspaniałej przyjaźni.

*Oczywiście wszystko przez animację "Roztańczona balerina" ;) 

Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Bo do szczęścia niewiele trzeba - poduszka dla Emilki

Czasami najprostsze rzeczy sprawiają największą radość.
Tak właśnie było z prezentem dla Emilki. Miałam niemałą zagwozdkę, co Młodej zrobić. Kolejna zabawka to trochę bezsensu, bo kupnych ma ode metra i ciut ciut, sweterek? Sami sobie odpowiedzcie, jak reagowaliście, gdy w dzieciństwie w prezencie dostawaliście ciuchy... No szału nie było, prawda? 
Szukając inspiracji zajrzałam na strefę promocji w e-dziewiarce i w oczy wpadł mi zestaw od YarnArt - włóczka z króliczymi elementami. I w ten sposób problem z prezentem sam się rozwiązał - poduszko-przytulanka.




Robótka bardzo prosta, bo to przecież tylko prostokąt z półsłupków i przyszyte gotowe łapki i głowa.
Ale jest w niej coś, że od razu skradła serce Em. Z resztą sami popatrzcie.


Poduszka od samego rana towarzyszy Małej i chyba została wytarmoszona z każdej strony.
Jak widać - może robótka prosta, nieskomplikowana, ale jakie efekty!

Pan Kotek był chory...

Przy pisaniu tego tekstu nie ucierpiał żaden mężczyzna. Najwyżej ucierpiała męska duma...

No i stało się. Łudziłaś się, że może to jeszcze nie teraz, że przecież jeszcze rok nie minął... Czułaś jednak już wieczorem, że ten dzień się zbliża. Niewinne pokasływanie, pociąganie nosem...
Rano wstałaś jak zwykle, szybki prysznic, ale z sypialni już dobiega kaszel gruźlika i sakramentalne: "chyba będę chory". Ale Ty już wiesz. Nie ma żadnego "chyba". To samospełniająca się przepowiednia. On już jest chory. Gorzej, on nie ma przeziębienia, on walczy o życie. A Ty będziesz walczyć razem z nim.

Drżącą ręką podajesz mu termometr, modląc się do swojej włóczkowej bogini, żeby pokazał równe 36,6. Mniej oznacza, że już mu się ciało ochładza, więc zaraz umrze. Więcej - gorączka i śmierć w męczarniach. Na nic Twoje modły. Po 7 długich minutach, w czasie których łykasz tabletki na uspokojenie popijane melisą, jest wynik - 36,7. Niewyraźnie spod stosów kołdry słyszysz: "Mam gorączkę, nie mogę iść do pracy". I już wiesz, że najbliższe dni to będzie gehenna. Starasz się przypomnieć sobie, gdzie po ostatnim przeziębieniu schowałaś listę z notariuszami, żeby mógł spisać ostatnią wolę. Zastanawiasz się, do jakiego stopnia tym razem będzie chory. Czy wystarczy mierzyć gorączkę, co pół godziny? Zdecyduje się pójść do lekarza? Poprosi, żeby z nim zostać w domu, bo kto mu szklankę wody poda? Czy będzie w stanie gryźć, czy trzeba będzie mu robić przecierki?
Ale nic się nie martw! I z takiej sytuacji da się coś dziewiarskiego wyciągnąć.

Najpierw trzeba parę spraw logistycznie rozwiązać. Wiadomo - chory z tak wysoką gorączką musi się nawadniać. I zamiast latać, co rusz do kuchni, żeby zrobić herbatę zrób od razu cały garnek. Poczekaj aż trochę przestygnie i przelej do termosu. Dzięki temu nie będziesz mu musiała dmuchać, żeby ochłodzić i ile czasu zaoszczędzisz? Pod ręką zostaw mu cały zestaw chusteczek i kosz na nie. Największy problem będzie z jedzeniem. Bo można wyróżnić dwa typy mężczyzn pod tym względem: tak chorzy, że nic nie jedzą (no i super, ile czasu zostaje) i tacy, którzy postanawiają nadrobić braki żywieniowe, bo przecież muszą jeść, żeby wyzdrowieć. Dopóki nie żąda pierogów, niech je. Czemu? Pamiętasz tę listę notariuszy? No właśnie, lepiej nie zostać wykluczoną ze spadku. Tyle pieniędzy na włóczki może przejść koło nosa z powodu jednej kanapki.
Co robimy dalej? Trzeba uświadomić naszego lubego skąd się wzięła choroba. Ano stąd, że bez czapki i szalika chodził. Tutaj zacznie się tłumaczenie, że nie ma wystarczająco męskiego i żadna fabryka jeszcze takiego nie wyprodukowała. I to jest właśnie woda na nasz młyn! Bo przecież my mu wydziergamy, takie, jak sobie tylko życzy! Tylko jest jeden mały problem... Wśród tych trzech ton włóczek pochowanych w całym mieszkaniu jakoś dziwnym trafem nie ma takiej, która byłaby godna jego głowy. Więc trzeba kupić. Ale skoro on będzie miał nowy komplet, to jak to tak, że my w starym będziemy chodzić? No nie bardzo... Więc dla siebie też musimy kupić nową włóczkę. No, a że akurat była promocja, to z 3 motków robi się 10. Takie cudowne rozmnożenie. Ale nic to! Nasz luby jest tak słaby, że nie zauważy. Albo można mu wmówić, że jest tak osłabiony, że mu się w oczach troi. W ten sposób możemy stać się posiadaczkami niezliczonej ilości nowych kłębuszków. A gdy on wróci do zdrowia i zapyta, czy to nowe włóczki z czystym sumieniem będziesz mogła powiedzieć: NIE.
Dodatkowym plusem takiej męskiej walki o życie jest jego osłabienie, a więc spanie. Jak facet śpi to nie marudzi i nie zawraca głowy, można spokojnie usiąść i dziergać. Albo oglądać kolejne cuda na Ravelry.
Jak widzicie, nie musi być tak tragicznie :)
A jak u Was przebiega walka z chorobą?

WCiD Nowy Rok i co z tego wynika

Nowy Rok – Nowa ja! Znaczy w sumie to tak nie do końca… W ramach małych postanowień noworocznych wymyśliłam sobie powrót do środowych spotkań z książką i robótką u Maknety. Nie twierdzę, że będę co tydzień, bo szczerze wątpię, że mi się to uda… Ale żeby przynajmniej tak dwa razy w miesiącu, wydaje się to całkiem realne.
Jak wspominałam we wcześniejszym wpisie (KLIK) w 2017 roku chcę odstawić na bok fantasy i zacząć przygodę z kryminałami i powieściami związanymi z Wrocławiem.
Ale najpierw muszę skończyć, to co mam na czytniku, czyli 3 tom serii „Szklany tron” Sary J. Maas. W ogóle dopiero przygotowując ten wpis sprawdziłam, ile lat ma autorka. Raptem rok starsza ode mnie, a swoją pierwszą powieść wydała w wieku 26 lat. Lekkie ukłucie zazdrości poczułam, ale za chwilę pojawiła się myśl – super, może też powinnam spróbować?
Ale w zasadzie to dzisiaj nie chciałam o tym pisać. Wersja, którą czytam to fanowskie tłumaczenie z angielskiego. I właśnie o tłumaczeniach książek chciałam kilka słów napisać. Pierwszy i drugi tom czytałam w oficjalnym tłumaczeniu – było świetne. Oddawało klimat książki, widać było, że tłumacz stanął naprawdę na wysokości zadania.
Wersja fanowska… No cóż, podobno była poddana korekcie. Ale nie chce mi się w to wierzyć, nieraz oczy mi krwawią, jak widzę te wszystkie błędy językowe, próby jakiś zabaw słownych, które wychodzą bardzo nieudolnie. Na siłę wciskane wtręty młodzieżowe… Ale najgorsze, naprawdę najgorsze, są przypisy. Po co? Żeby tłumaczka mogła pokazać jaka jest zabawna… Tylko, że są to żarty w tonacji D-dur, jak mówi moja Mamusia, czyli dotyczące szeroko pojętego dupczenia. A, jeszcze jest dużo wzdychania do głównych męskich bohaterów.
Jaka z tego nauka? Tanie mięso to psy jedzą i jednak lepiej zainwestować w oficjalny przekład. Przy ostatnim tomie już tego błędu nie popełnię, a przy książkach o Wrocławiu problem całkiem zniknie, bo w większości i tak są po polsku z natury.

A na szydełku sweterek według Dropsowego wzoru, ale coś nie wychodzi tak, jak trzeba… Zobaczymy po praniu, co wyjdzie.
Lecę zobaczyć, co Wy podczytujecie i dziergacie J

Nowy Rok


No i przyszedł… Jak zawsze w styczniu… Mamy nowy rok. Czas podsumowań, robienia rachunku sumienia po minionym roku. Ale również czas obietnic i nadziei, że ten nowy będzie lepszy. Że my sami będziemy lepsi.



Jak zatem zapamiętam ten rok? Chciałabym napisać, że to był wspaniały rok. Niestety, nie mogę. Smutne wydarzenia w lutym sprawiły, że to chyba najgorszy rok w moim życiu. Nic już nie będzie takie same.
Ale gdyby nie to, sam rok pewnie uznałabym za całkiem udany. Dużo dziergałam, chociaż nie widać tego na blogu^^. Bardzo dużo czytałam, oczywiście fantastykę. Schudłam (i nie potrzebowałam do tego noworocznych postanowień). Znalazłam nowe hobby – rower. I naprawdę to byłby dobry rok. Zaczęłam kurs na przewodnika miejskiego. Zrobiłam wyzwanie na blogu, które pomimo małej frekwencji, jednak zakończyło się sukcesem – wydziergałam więcej ozdób choinkowych niż w poprzednich latach. To co, za rok powtórka?
Zawsze podziwiam wpisy dziewczyn, które tak ładnie podsumowują cały rok wrzucając kolaże swoich prac i robiąc dokładne statystyki. Niestety, moja wewnętrzna leniwa buła zawsze mnie hamuje przed czymś takim. Więc podsumowań szczegółowych nie będzie. Może za rok… Jak zjem swoją bułę^^
A co w Nowym Roku? Na pewno będzie lepiej. To musi być dobry rok. Oczywiście upłynie pod znakiem włóczki i szydełka. Już przestałam się oszukiwać, że poznam nową technikę, że zacznę robić na drutach albo nauczę się frywolitki. Jak dojrzeję do tej męskiej decyzji, to po prostu się nauczę. Na razie cały czas wszystko wskazuje na to, że na szydełku da się zrobić wszystko.
Dalej będę zrzucać wagę, tym razem włóczkową. Muszę wyrobić swoje zapasy, bo żywię cichą nadzieję, że może uda się zmienić w końcu lokum?
Dalej będę dziergać dzieciowe rzeczy, ale tym razem skupię się na Miśce, która ciągle jest przeze mnie pokrzywdzona.
Największa zmiana to chyba czytanie. Robię sobie odwyk od fantastyki, zabieram się za kryminały i powieści związane z Wrocławiem. Więc na pierwszy ogień pójdzie odświeżenie znajomości z panem Mockiem.
Co jeszcze? Trochę zmian na blogu. Może w końcu przeniosę się na Wordpressa, pewnie zmiana szablonu, lepsze wyeksponowanie logo. Trochę zmiana tematyki. Mam nadzieję, że uda mi się wszystkie pomysły związane z blogiem wcielić w życie i że zmiany przypadną Wam do gustu. Pierwsze wpisy już się klują.
Jak same widzicie, dosyć ostrożnie podchodzę w tym roku do postanowień noworocznych. Lepiej nie kusić losu^^. Zastanawiałam się, czy brać udział w jakiś wyzwaniach w stylu pińcset książek w rok, badżylion udziergów w 365 dni. Wiem, że się nie uda, a robienie na szybko i byle jak, albo wybieranie tylko cienkich książek, po to żeby się wyrobić. To nie dla mnie. Zrobię sobie tylko licznik stron i za rok zobaczę, ile przeczytałam.
A jakie Wy macie plany noworoczne? Czy raczej wychodzicie z założenia, że cały rok jest na zmiany, nie ma sensu czekać specjalnie na 1 stycznia?
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Yarn Along

Obserwatorzy