WCiD - W zasadzie... to bez zmian...

Zastanawiałam się, czy jest sens dołączać się w tym tygodniu do wyzwania Maknety, skoro dalej czytam to samo...
Ale ciągle mam mocne postanowienie, żeby się chociaż te dwa razy w miesiącu z Wami spotkać przy książce i robótce. Zatem oto jestem!
Tak jak wspomniałam, książka ta sama, ale już finiszuję. Po tych kilkuset stronach (czytnik pokazuje, że jest ich ponad 500...) już się pogodziłam ze stylem tłumaczenia i oczy aż tak bardzo nie krwawią... ale nauczkę mam, więcej tego błędu nie popełnię.

W kwestii robótki... Na zdjęciu jest małe przekłamanie. Różowy sweter jest na finiszu, w zasadzie już, już się kończy. To wrzuciłam na zdjęcie kolejną rozgrzebaną robótkę, którą od czasu do czasu robię, gdy się znudzę różem. A chustoszal muszę też jak najszybciej skończyć, bo mój virus nie bardzo forum czapki pasuje...
A co Wy ciekawego czytacie i dziergacie?

Spotkanie na szczycie

Wiecie, jaki jest najlepszy czas na dzierganie różności? Nie zbliżające się święta różnej maści i nawet nie jesień i zima, gdy w zasadzie nie ma lepszego lekarstwa na chandrę niż koc, herbatka i robótka. Najlepszy czas to okres około narodzinowy u znajomych. Bo chociaż ciepły sweter jest świetny na mrozy, a ręcznie dziergana chusta może wprawić w zachwyt koleżanki, to jednak nic nie sprawia chyba takiej radości jak zabawki, kocyki i inne akcesoria dla dzieci. Raz, że co małe, to słodkie (jestem tego najlepszym przykładem^^ czysta słodycz), a dwa, że wdzięczność i zachwyt młodych rodziców działa jak miód na serce. Takimi drobiazgami zachwycają się i młodzi ojcowie, zazwyczaj nieczuli na wdzięki dzierganych prac.
I właśnie dzisiaj przedstawiam Wam właśnie kolejną pracę dla maleństwa – Mysza Bezimienna. Może, gdy Mała właścicielka podrośnie sama nada jej imię.

Zostałam poproszona o wykonanie myszki. Przejrzałam zasoby Internetu, na tydzień przepadłam w otchłani Pinterestu, na kolejny na Ravelry i gdy dom już zarósł kurzem wiedziałam już jedno… Z jakiegoś dziwnego powodu mysz w wersji żeńskiej musi być baletnicą*… Co nie bardzo mi się uśmiechało, bo chciałam czegoś ciut bardziej oryginalnego. I wymyśliłam Mysz-dzikuskę. Zamiast tutu zrobiłam więc coś na kształt spódniczki hawajskiej. Dzięki temu dziecięce rączki mają dodatkowe zajęcie w postaci tarmoszenia listków.

I tak właśnie powstała Mysza, która zanim wyruszyła w daleki świat spotkała się z Kłólikiem Emilki na herbatce.

 Dziewczyny okazały się strasznymi łakomczuchami i niestety pożarły wszystkie ciastka, zanim zaczęła się sesja zdjęciowa...
Brzuch taki duży... tyle ciastek na raz to może jednak zły pomysł?

Chyba czeka mnie dieta...

O taki ogonek mam :)
Jakie ważne tematy poruszały? Pewnie Kłólik udzielała rad, jak żyć z maluchem… Że dziecięca ślina nie jest żrąca i to po prostu specyficzny sposób na okazanie miłości…
Po wspólnie spędzonym popołudniu Mysza udała się w podróż do nowej koleżanki, Panny G. Mam nadzieję, że to początek wspaniałej przyjaźni.

*Oczywiście wszystko przez animację "Roztańczona balerina" ;) 

Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

Bo do szczęścia niewiele trzeba - poduszka dla Emilki

Czasami najprostsze rzeczy sprawiają największą radość.
Tak właśnie było z prezentem dla Emilki. Miałam niemałą zagwozdkę, co Młodej zrobić. Kolejna zabawka to trochę bezsensu, bo kupnych ma ode metra i ciut ciut, sweterek? Sami sobie odpowiedzcie, jak reagowaliście, gdy w dzieciństwie w prezencie dostawaliście ciuchy... No szału nie było, prawda? 
Szukając inspiracji zajrzałam na strefę promocji w e-dziewiarce i w oczy wpadł mi zestaw od YarnArt - włóczka z króliczymi elementami. I w ten sposób problem z prezentem sam się rozwiązał - poduszko-przytulanka.




Robótka bardzo prosta, bo to przecież tylko prostokąt z półsłupków i przyszyte gotowe łapki i głowa.
Ale jest w niej coś, że od razu skradła serce Em. Z resztą sami popatrzcie.


Poduszka od samego rana towarzyszy Małej i chyba została wytarmoszona z każdej strony.
Jak widać - może robótka prosta, nieskomplikowana, ale jakie efekty!

Pan Kotek był chory...

Przy pisaniu tego tekstu nie ucierpiał żaden mężczyzna. Najwyżej ucierpiała męska duma...

No i stało się. Łudziłaś się, że może to jeszcze nie teraz, że przecież jeszcze rok nie minął... Czułaś jednak już wieczorem, że ten dzień się zbliża. Niewinne pokasływanie, pociąganie nosem...
Rano wstałaś jak zwykle, szybki prysznic, ale z sypialni już dobiega kaszel gruźlika i sakramentalne: "chyba będę chory". Ale Ty już wiesz. Nie ma żadnego "chyba". To samospełniająca się przepowiednia. On już jest chory. Gorzej, on nie ma przeziębienia, on walczy o życie. A Ty będziesz walczyć razem z nim.

Drżącą ręką podajesz mu termometr, modląc się do swojej włóczkowej bogini, żeby pokazał równe 36,6. Mniej oznacza, że już mu się ciało ochładza, więc zaraz umrze. Więcej - gorączka i śmierć w męczarniach. Na nic Twoje modły. Po 7 długich minutach, w czasie których łykasz tabletki na uspokojenie popijane melisą, jest wynik - 36,7. Niewyraźnie spod stosów kołdry słyszysz: "Mam gorączkę, nie mogę iść do pracy". I już wiesz, że najbliższe dni to będzie gehenna. Starasz się przypomnieć sobie, gdzie po ostatnim przeziębieniu schowałaś listę z notariuszami, żeby mógł spisać ostatnią wolę. Zastanawiasz się, do jakiego stopnia tym razem będzie chory. Czy wystarczy mierzyć gorączkę, co pół godziny? Zdecyduje się pójść do lekarza? Poprosi, żeby z nim zostać w domu, bo kto mu szklankę wody poda? Czy będzie w stanie gryźć, czy trzeba będzie mu robić przecierki?
Ale nic się nie martw! I z takiej sytuacji da się coś dziewiarskiego wyciągnąć.

Najpierw trzeba parę spraw logistycznie rozwiązać. Wiadomo - chory z tak wysoką gorączką musi się nawadniać. I zamiast latać, co rusz do kuchni, żeby zrobić herbatę zrób od razu cały garnek. Poczekaj aż trochę przestygnie i przelej do termosu. Dzięki temu nie będziesz mu musiała dmuchać, żeby ochłodzić i ile czasu zaoszczędzisz? Pod ręką zostaw mu cały zestaw chusteczek i kosz na nie. Największy problem będzie z jedzeniem. Bo można wyróżnić dwa typy mężczyzn pod tym względem: tak chorzy, że nic nie jedzą (no i super, ile czasu zostaje) i tacy, którzy postanawiają nadrobić braki żywieniowe, bo przecież muszą jeść, żeby wyzdrowieć. Dopóki nie żąda pierogów, niech je. Czemu? Pamiętasz tę listę notariuszy? No właśnie, lepiej nie zostać wykluczoną ze spadku. Tyle pieniędzy na włóczki może przejść koło nosa z powodu jednej kanapki.
Co robimy dalej? Trzeba uświadomić naszego lubego skąd się wzięła choroba. Ano stąd, że bez czapki i szalika chodził. Tutaj zacznie się tłumaczenie, że nie ma wystarczająco męskiego i żadna fabryka jeszcze takiego nie wyprodukowała. I to jest właśnie woda na nasz młyn! Bo przecież my mu wydziergamy, takie, jak sobie tylko życzy! Tylko jest jeden mały problem... Wśród tych trzech ton włóczek pochowanych w całym mieszkaniu jakoś dziwnym trafem nie ma takiej, która byłaby godna jego głowy. Więc trzeba kupić. Ale skoro on będzie miał nowy komplet, to jak to tak, że my w starym będziemy chodzić? No nie bardzo... Więc dla siebie też musimy kupić nową włóczkę. No, a że akurat była promocja, to z 3 motków robi się 10. Takie cudowne rozmnożenie. Ale nic to! Nasz luby jest tak słaby, że nie zauważy. Albo można mu wmówić, że jest tak osłabiony, że mu się w oczach troi. W ten sposób możemy stać się posiadaczkami niezliczonej ilości nowych kłębuszków. A gdy on wróci do zdrowia i zapyta, czy to nowe włóczki z czystym sumieniem będziesz mogła powiedzieć: NIE.
Dodatkowym plusem takiej męskiej walki o życie jest jego osłabienie, a więc spanie. Jak facet śpi to nie marudzi i nie zawraca głowy, można spokojnie usiąść i dziergać. Albo oglądać kolejne cuda na Ravelry.
Jak widzicie, nie musi być tak tragicznie :)
A jak u Was przebiega walka z chorobą?

WCiD Nowy Rok i co z tego wynika

Nowy Rok – Nowa ja! Znaczy w sumie to tak nie do końca… W ramach małych postanowień noworocznych wymyśliłam sobie powrót do środowych spotkań z książką i robótką u Maknety. Nie twierdzę, że będę co tydzień, bo szczerze wątpię, że mi się to uda… Ale żeby przynajmniej tak dwa razy w miesiącu, wydaje się to całkiem realne.
Jak wspominałam we wcześniejszym wpisie (KLIK) w 2017 roku chcę odstawić na bok fantasy i zacząć przygodę z kryminałami i powieściami związanymi z Wrocławiem.
Ale najpierw muszę skończyć, to co mam na czytniku, czyli 3 tom serii „Szklany tron” Sary J. Maas. W ogóle dopiero przygotowując ten wpis sprawdziłam, ile lat ma autorka. Raptem rok starsza ode mnie, a swoją pierwszą powieść wydała w wieku 26 lat. Lekkie ukłucie zazdrości poczułam, ale za chwilę pojawiła się myśl – super, może też powinnam spróbować?
Ale w zasadzie to dzisiaj nie chciałam o tym pisać. Wersja, którą czytam to fanowskie tłumaczenie z angielskiego. I właśnie o tłumaczeniach książek chciałam kilka słów napisać. Pierwszy i drugi tom czytałam w oficjalnym tłumaczeniu – było świetne. Oddawało klimat książki, widać było, że tłumacz stanął naprawdę na wysokości zadania.
Wersja fanowska… No cóż, podobno była poddana korekcie. Ale nie chce mi się w to wierzyć, nieraz oczy mi krwawią, jak widzę te wszystkie błędy językowe, próby jakiś zabaw słownych, które wychodzą bardzo nieudolnie. Na siłę wciskane wtręty młodzieżowe… Ale najgorsze, naprawdę najgorsze, są przypisy. Po co? Żeby tłumaczka mogła pokazać jaka jest zabawna… Tylko, że są to żarty w tonacji D-dur, jak mówi moja Mamusia, czyli dotyczące szeroko pojętego dupczenia. A, jeszcze jest dużo wzdychania do głównych męskich bohaterów.
Jaka z tego nauka? Tanie mięso to psy jedzą i jednak lepiej zainwestować w oficjalny przekład. Przy ostatnim tomie już tego błędu nie popełnię, a przy książkach o Wrocławiu problem całkiem zniknie, bo w większości i tak są po polsku z natury.

A na szydełku sweterek według Dropsowego wzoru, ale coś nie wychodzi tak, jak trzeba… Zobaczymy po praniu, co wyjdzie.
Lecę zobaczyć, co Wy podczytujecie i dziergacie J
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Yarn Along

Obserwatorzy