#DKN 4 - Wywiad z Asją, cz II

Dzisiaj kontynuujemy spotkanie z Asją z Asja Knits. Jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z pierwszą częścią, zapraszam tutaj oraz na zeszłotygodniowy wywiad z Amanitą.



Wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochodzą z bloga Asji i są jej własnością.
  1.   Jak wygląda proces tworzenia wzoru? Jak długo trwa?
Dużo zależy od poziomu skomplikowania danego projektu. Większość moich projektów to swetry, te wymagają znacznie więcej czasu, nie rzadko od kilku dni do kilku tygodni nawet ślęczenia przy komputerze. Każdy element opisu, jak grafiki tam dostępne, schematy, rysunki, tabele, robię samodzielnie i zapewne przez to zajmuje mi to więcej czasu, ale nie jest to proces łatwy. Nigdy lub właściwie bardzo rzadko, notuję podczas dziergania, zazwyczaj odtwarzam swój proces w opisie bez pomocy notatek. Po zakończonej pracy opis mój sprawdza dla mnie mój Pomocnik – Edytor, i po wprowadzeniu poprawek wzór jest gotowy do testu.


  1. Ile osób zazwyczaj testuje wzór? Jak długo trwa testowanie?
To również nie jest normą. W przypadku swetrów to od 1 – 2 osób na rozmiar, czyli nawet do 16 osób, czasem mniej, lub więcej, zaangażowanych jest w test, taki test zazwyczaj trwa ok 6 tygodni, bywa, że dłużej lub krócej. W przypadku akcesoriów liczba Testerek znacząco jest mniejsza a i czas na taki test jest krótszy, i zazwyczaj nie wykracza poza 2 – 4 tygodni.


  1. Ile czasu zajmuje Ci przygotowanie wzoru do publikacji – obróbka graficzna, zdjęcia, edycja tekstu?
Ponieważ Testerki są dla mnie właściwie Beta – dziewiarkami, w zwiazku z tym pracują na bardzo dopracowanym wzorze, obróbka końcowa zatem to zazwyczaj kilka dodatkowych godzin pracy. Zdjęcia to już zupełnia inna historia. Sama sesja zdjeciowa potrafi nam zająć od kilkunastu minut do kilku godzin, często związane to jest z podróżami, dodatkowymi w związku z tym wydatkami, super, jak udaje mi się na okoliczność wcześniej zaplanowanej wyprawy skończyć jakiś projekt, często jednak dzianina jest powodem, dla którego wyruszamy w podróż w poszukiwaniu nowej, świeżej lokalizacji dla zdjęć. Do zdjęć pozuję ja, fotografuje mój Mąż, znany jako Połówek, zdjęcia obrabiam sama. Znów, w zależności od ilości i jakości zdjęć, obróbka takowych to kilka godzin pracy na komputerze minimum.
Nie zapominajmy, że tworzenie wzoru to nie jedyne zajęcie, które publikacjom towarzyszy. Wszelkie działania marketingowe, publikacje w mediach społecznościowych, tworzenie bloga, udzielanie się na forach, doraźna pomoc w przypadku pytań dotyczących moich czy innych autorów wzorów, o które pytają moi czytelnicy bloga, to i jeszcze masa innych działań odbywa się poniekąd poza kulisami, ale to wszystko jest również czasochłonne i wymaga zaangażowania. Wyobrażam sobie, że bardziej aktywni projektanci, którzy nauczają na warsztatach, publikują książki, czy prowadzą własne grupy, tego czasu poświęcają znacznie więcej. To tylko ich, nasz, mój czas.. ale jeśli to jest praca, to ten czas ma bardzo konkretną wartość.


  1. Obiektywnie: czy uważasz, że ceny wzorów dostępnych na ravelry są odpowiednie?
Jako dziewiarka mogłabym powiedzieć, że w przypadku niektórych publikacji ceny są wysokie. Ale tak naprawdę ogrom pracy, jaką trzeba włożyć w to, by dany projekt został dostrzeżony, doceniony, by reprezentował sobą wartość nie tyle estetyczną, ale też i merytoryczną, sprawia, że w moim przekonaniu te ceny są jak najbardziej odpowiednie, jeśli nie są za niskie. Bo to, co dostajemy w przypadku zakupionego wzoru, to nie tylko doskonała instrukcja, nierzadko materiał edukacyjny (nowe techniki, tutoriale), ale też pomysł. A pomysł, kreatywność, i pewność, że dany produkt, nad którym w oparciu o opis pracujemy, będzie wyglądał identycznie z orginałem, który nam się tak podoba, to wartość ogromna. Oczywiście, z innego punktu widzenia, te ceny mogą być za wysokie, ale mając olbrzymi zasób, słabszych czasami technicznie, chociaż niekoniecznie, opisów dostępnych za darmo, i mam tu na myśli projekty publikowane za darmo przez autorów, a nie udostępniane bez opłaty przez osoby trzecie, mamy też możliwość wyboru. Jeśli nie chcesz płacić, nie stać Cię na to, nie zostajesz z niczym.
Co mi daje osobiście nadzieję, to to, że globalnie coraz większą wartość mają rzeczy tworzone własnoręcznie. Jako początkująca dziewiarka mam szansę w oparciu o konkretny projekt, nie tylko stworzyć niepowtarzalną dzianinę, ale też i uczyć się nowych rozwiązań, nowych technik, rozwijać się, poznawać ludzi na całym świecie, być częścią niezwykle twórczej społeczności, to ogromna wartość. Przy tym wszystkim oszczędzam swój prywatny czas na błędy i pomyłki, które w procesie samodzielnego dochodzenia do takiego samego rezultatu są nieuniknione. Czy w związku z tym te 20 – 30 zł w przypadku jednego wzoru to cena wygórowana? Według mnie absolutnie nie.



  1. Co sądzisz o kradzieży wzorów – gdy jedna osoba w sposób legalny nabywa Twoją pracę i udostępnia ją za darmo innym?
Szczerze mówiąc, chociaż wiem, że takie zdarzenia mają miejsce, nie spotkałam się z tym bezpośrednio, że ktoś tak postępuje z moim wzorem, częściej widzę natomiast, że osoby trzecie zarabiają na sprzedaży moich wzorów, chociaż nie mają na to mojej zgody. Jednakże, często jestem proszona o to, by udostępnić w całości lub fragmentarycznie wzór, w oparciu o który sama wydziergałam swoją dzianinę, moim czytelnikom. Absolutnie się temu sprzeciwiam. Jedno to pożyczenie książki koleżance, która do mnie wpadnie na kawę, której ufam i którą znam, i która nierzadko zachwycona publikacją, sama nabędzie tę książkę później, kompletnie innym wydaje mi się dzielenie materiałem na skalę masową, który do mnie nie należy. Nie rozumiem tego i oburza mnie to. Oczywiście, mamy swoje priorytety w życiu, ja też je mam, i jak mnie na coś nie stać w danym momencie, to sobie tego w naturalny sposób odmawiam. Równie często zbieram zaskórniaczki, czekając na ten moment, kiedy będzie mnie na to stać. Taka rzecz ma dla mnie znacznie większą wartość. Nie kupuję wszystkich wzorów, wybieram tylko takie, które wiem, że wydziergam. To znacząco zmniejsza moją listę zakupową.

Wiem, że żyjemy w czasie, kiedy mnóstwo materiałów o wartości intelektualnej jest w jakiś sposób piracone i trudno jest sobie tego odmówić, no bo wszyscy tak robią. No nie. Wszystko zależy ode mnie i chociaż masy mogą na swój sposób żerować na czyjejś pracy, ja mam wybór, i mogę wybrać inaczej.
Mam jednak nadzieję, że tym dzisiejszym moim wyznaniem pokażę też i tym osobom, które sięgają po materiały udostępniane za darmo nielegalnie, jak wielka stoi za nimi praca, czas i życie, obowiązki i zaangażowanie jednostki, bądź też grupy ludzi, co ostatecznie sprawia, że ta mała książeczka jest warta znacznie więcej niż te cyferki, które za nią stoją.

Jest jeszcze jedno ryzyko. Jako rękodzielnicy tworzymy wyjątkową społeczność. Może marzysz o tym, żeby samemu projektować w przyszłości, może masz swojego idola wśród projektantów, który inspiruje Cię do tego, by dać z siebie wszystko i się w tym kierunku rozwijać. Z jednej strony nie kupując od niego, a korzystając z jego pracy w sposób nielegalny, możesz doprowadzić też i do tego, że on się wycofa, przestanie się dzielić swoimi pomysłami i zajmie się w życiu czymś innym, a Ty stracisz możliwość czerpania z jego wiedzy lub wyobraźni. Z drugiej strony, sięgając po materiały udostępniane bez zgody autorów, sam dajesz zgodę na takie działanie, czyli Twoje marzenie o wykonywaniu tej pracy w przyszłości, o pracy projektanta, sabotujesz. Bo jak już zaczniesz je sprzedawać, wcześniej poświęcając kilka tygodni swojego życia, żeby powstały, i zobaczysz je na jakimś forum udostępnione za darmo, gwarantuję Ci, że pęknie Ci serce.

Zanim sięgniesz zatem po nielegalnie dostępny materiał „darmowy”, pomyśl przez chwilę, czy naprawdę warto.

Pozdrawiam cieplutko!

I niech Sznur Cię prowadzi!



  Dziękuję serdecznie Asji, że chciała się z nami podzielić swoimi przemyśleniami!

A już za tydzień, chwila przerwy od projektantek, poznamy opinie "zwykłych" (chociaż tu naprawdę trzeba to słowo wziąć w bardzo duży cudzysłów) blogerek i rękodzielniczek.

DKN #3 - wywiad z Asją cz. I

Po wywiadzie z Amanitą, czas na kolejną fantastyczną projektantkę.


Już nawet nie pamiętam, jak trafiłam na blog Asji, ale wpadłam jak śliwka w kompot. Z wypiekami na twarzy przerzucałam kolejne posty wczytując się w historie powstawania poszczególnych modeli i poznając opowieści miłosne ze sznurem w roli głównej. A wszystko to opatrzone wspaniałymi zdjęciami autorstwa Połówka. Cały czas się zastanawiam, czego bardziej Asji zazdroszczę: rudego kota, cierpliwego Połówka, czy tej wspaniałej zdolności tworzenia tak cudnych dzianin. Po każdej wizycie na blogu u Asji mam mocne postanowienie nauczenia się robienia na drutach… Ale na razie tylko podziwiam!

Zapraszam na wywiad, w częściach dwóch. Bo Asja oprócz tego, że jest bardzo sympatyczną osobą, to też straszną gadułą. Druga część wywiadu już jutro!
Koniecznie zajrzyjcie na jej blog i Ravelry!

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochodzą z bloga Asji i są jej własnością.


  1. Jak długo dziergasz? Od czego się zaczęło?
Dziergam właściwie od zawsze. Mam mgliste wspomnienie moich pierwszych lekcji, których udzieliła mi Moja Mama, ale nie potrafię powiedzieć kiedy to dokładnie było. Pamiętam jednak dokładnie, że bardzo szybko skończyła się edukacja (Moja Mama znała podstawy dziergania, i te mnie przekazała, ale nigdy poza te podstawy nie miała potrzeby wyjść), a zaczęła się dowolna improwizacja, poszukiwanie rozwiązań, rozgryzanie technik, eksperymentowanie. Już w szkole podstawowej byłam w stanie wydziergać sweter, dla Misia co prawda, ale jednak! Za to z niezwykłym sentymentem wspominam godziny spędzone w towarzystwie bardziej doświadczonych dziewiarek, jak Moja Babcia, która podczas kilkutygodniowych wizyt nauczyła mnie dziergać rękawiczki, lub mieszkająca w sąsiedztwie Babcia przyszywana, do której zawsze mogłam wpaść pożyczyć jakiegoś druta, lub gazetkę z dzianinowymi wzorami. 

Wtedy też otworzyły mi się oczy na możliwości tworzenia. Niestety szkoła i codzienne obowiązki sprawiły, że w czasie liceum oraz studiów nie dziergałam praktycznie wcale. Dziewiarstwo wróciło do mnie za to ze zdwojoną siłą już po ślubie, kiedy to życie mnie przygniotło. Co ciekawe, najpierw chwyciłam za szydełko, ale niedługo potem odkryłam blogi dziewiarskie i przypomniałam sobie o drutach, prawie natychmiast przeżyłam krótki epizod z maszynami dziewiarskimi. Właściwie resztę już znacie. Długo czekałam na moje pierwsze wymarzone i z wyższej półki włóczki, a jak już je dostałam w swoje łapki, to przepadłam.


  1. Kiedy przestało Ci wystarczać odtwarzanie pomysłów i zaczęłaś tworzyć własne wzory?
Ale to właściwie nie tak. Zabawa dzianiną od zawsze była dla mnie jakąś formą odtwarzania tego, co już gdzieś widziałam. Pisałam już o tym, że już jako podlotek korzystałam z wzorów dostępnych w gazetkach, nigdy jednakże nie śledziłam ich skrupulatnie. Od zawsze służyły mi tylko jako punkt wyjścia. Wzór żakardowy w projekcie czapki stanowił bazę dla swetra, ażur z projektu torebki czy serwetki, stanowił bazę dla bluzki. Wydaje mi się, że nigdy do końca też nie udało mi się stworzyć czegoś, czego w tej lub innej formie już wcześniej nie spotkałam, jak na przykład Vivacity, które było inspirowane sukienką z ogromnym dekoltem na plecach, czy Nelumbo, dla którego bazą była ażurowa bawełniana bluzka. Nie twierdzę, że nie potrafię śledzić wzorów, absolutnie nie, uwielbiam pracować według wzorów, zwłaszcza zaprojektowanych przez moich guru, i uważam to dzierganie za najprzyjemniejsze na świecie, bo nie muszę go rozgryzać, tylko oddaję się przyjemności tworzenia wyjątkowej dzianiny, ucząc się jednocześnie nowych technik czy rozwiązań. Ale tak naprawdę najpierw i od zawsze dziergałam „swoje”, a śledzenie opisów i dzierganie według takich, w moim przypadku przyszło znacznie później.


  1. Kiedy pojawił się pomysł, żeby zacząć się dzielić wzorami? Kiedy stwierdziłaś, że można je sprzedawać?


Pisanie wzorów było dla mnie szczytem nie do zdobycia. Prawda jest taka, że to wciąż największa dla mnie trudność. To trwało zanim się odważyłam z tą pracą zmierzyć. Początki były bardzo trudne, ale jest to też pewnego rodzaju umiejętność, która tylko przez doświadczenie się rozwija, a na to potrzebny jest czas i tego nie da się przeskoczyć. Naturalne było dla mnie, że jak już się zdecydowałam stworzyć taki opis, to będę go chciała sprzedawać. Do tej pory pamiętam tą ogromną radość, jaką przeżywałam podczas sprzedaży pierwszego wzoru. Blog oraz społeczność, która wokół niego przez lata powstała, sprawiły, że ta decyzja o dzieleniu się moimi pomysłami w postaci opisów dziewiarskich, właściwie nie należała do mnie. Moi Czytelnicy, jak i koleżanki dziewiarki i ich życzliwe przyjęcie mojego pierwszego swetra pokazanego na blogu były ogromnym motywatorem. To One mnie namówiły, a ja po prostu spróbowałam się z tym zmierzyć. I się udało.


  1. Skąd bierzesz pomysły na nowe projekty? Jak wygląda proces samego wymyślania?
Chyba nie mam jakiegoś jednego sposobu bądź rytuału. Zazwyczaj pomysły nachodzą mnie bezwiednie, widzę jakiś twór, odzież zazwyczaj, ale też i grafikę, architekturę, i potem szukam wzoru, ściegu, dzianiny, której aranżacja dałaby mi możliwość osiągnięcia mojego planu. Często też gadam z włóczkam. Mam też w głowie katalog dzianin, które kiedyś chciałam zrobić, to też bardzo pomaga. Natomiast samo wymyślanie, dzierganie, to jest proces przeplatany wzlotami, kiedy wszystko się układa jak powinno, i upadkami, kiedy trzeba pruć. Wiele z moich dzianin było wielokrotnie dzierganych po to, by znaleźć techniczne rozwiązanie na pomysł, który mi w głowie świtał. To takie trochę składanie puzzli, masz pogląd ogólny na to jak ma dana dzianina wyglądać, masz zasób technik, które już znasz i możesz wykorzystać, i projekt końcowy jest wariacją tych wszystkich zmiennych. Najwięcej jednak nauki biorę z pomyłek własnych. Kiedy przez przypadek zrobione dodawanie oczek staje się nie tyle tragedią, co punktem wyjściowym dla innego pomysłu. Towarzyszy temu olśniewajace niczym rozpalona żarówka pod kopułką „aaaaaaah”i zaczyna się prawdziwa zabawa!

Już jutro zapraszam na druga część wywiadu z Asją :) 

Bitwa o Anglię - polska edycja Simply Crochet

To był zwyczajny dzień w pracy. Ratowałam świat wypełniając bardzo ważne tabele w excelu. W pewnym momencie, coś mnie tknęło, jakieś dziwne przeczucie, które mówiło: teraz, zrób to teraz. Podobno słyszenie głosów nie jest normalne... Więc posłuchałam^^. Sprawdziłam stronę wydawnictwa bpv Polska. Na głównej stronie wielki napis: od dziś w kioskach! I... Simply Crochet edycja polska. Czyżby moje marzenia miały się spełnić? Jeszcze lekko ponad 2 tygodnie temu płakałam Wam, jaki nasz rynek czasopism rękodzielniczych jest ubogi, a tu bach!
Do końca pracy siedziałam jak na szpilkach zastanawiając się, jaką obrać marszrutę, żeby kupić to wyczekane pismo. Punkt 16.00 wystrzeliłam jak z procy tłumacząc koleżankom, że nie mogę czekać, bo mam bardzo ważną rzecz do załatwienia.

Szybka podróż do empiku, obrałam od razu azymut na dział prasy kobiecej (czemu to nie w hobby, ja się pytam?). Jest! Drżącymi rękami biorę gazetę do rąk... Jednak już czuję, że coś jest nie tak... Magazyn nie jest klejony, tak jak wersja brytyjska... papier słabszy... Ale przecież i cena niższa niż oryginału, na czymś trzeba było oszczędzić. Niech będzie zatem i tak.
Nieśmiało otwieram gazetę... I radość zmienia się w rozczarowanie... To nie jest czasopismo o szydełkowaniu... To kolejna gazeta z wzorami... Nie ma żadnych artykułów, wywiadów, przedstawionych sylwetek. Same wzory... Lepsze, gorsze, ale to tak bardzo nie to. Ostatecznie kupiłam, żeby sobie dokładnie porównać oba wydania.

I jak wypada nasza wersja? No niestety, słabiej... Pal licho ten gorszy papier i inne łączenie stron. Rozumiem, że w Polsce mało kto dałby za gazetę 25,00 złotych, więc gdzieś te koszty trzeba ciąć.
Ale dlaczego zrezygnowano z tej części, która mogłaby uczynić to pismo wyjątkowym? Czemu nie ma żadnych relacji zróżnych wydarzeniach, czemu nie ma opisów włóczek, wywiadów? Można było część tych uniwersalnych artykułów po prostu przetłumaczyć, tak jak zrobione to w Łatwym Szydełku. Nie mówiąc o tym, że naprawdę można było się chociaż trochę wysilić i znaleźć temat do opisania z naszego podwórka.

No właśnie... Każde zdjęcie jest opatrzone krótkim opisem, który miałby nas zachęcić do wykonania danej pracy... Nie mam pojęcia, kto je pisał i sprawdzał... Są koszmarne. Błędy stylistyczne i językowe prawie wszędzie... Mylenie unikalny z unikatowy (nasze prace są unikatowe, jeśli byłyby unikalne, wszyscy by ich unikali)...
A same wzory? Dla jednych opis jest czymś nie do przeszkodzenia i są wstanie pracować tylko ze schematami. Dla mnie to w zasadzie wszystko jedno i mi ten sposób opisania projektu nie przeszkadza.
Same modele wybrane do gazety są w porządku, widać, że myślą przewodnią tego numeru jest wiosna i zbliżająca się Wielkanoc. Bardzo się chwali, że pod nazwą każdego wzoru jest napisany jego autor.
Inna sprawa, że część tych modeli jest dostępna za darmo na stronie Simply Crochet. Ale nie wszystkie. Te, które mi najbardziej wpadły w oko (szal, koc, króliczek) są tylko w gazecie.

Czy zatem nie ma żadnych plusów? Są. Po pierwsze dwie szkółki - na szydełko tunezyjskie (w gazecie jest jeden sweterek wykonany tą metodą) i zwykłe. Ta ostatnia jest bardzo dobrym rozwiązaniem, bo ciągle brakuje ujednolicenia, czym w Polsce jest półsłupek, a czym oczko ścisłe.

Po drugie w opisach zrezygnowano z podawania konkretnej marki włóczki. Wiadomo, skoro pismo jest przedrukiem z zagranicznej gazety istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że takiej włóczki, jak w oryginale nie dostaniemy u nas. Wyjątkiem od tej reguły są dwa pierwsze wzory.
Podsumowując. Gdybym nie kupiła wcześniej brytyjskiej wersji, pewnie byłabym bardzo zadowolona z tego numeru - w końcu zdjęcia prezentujące w nowoczesny sposób robótki ręczne, po prostu ładne wydanie. Ale wiem, jak wygląda oryginał... i polska edycja zostawia we mnie ogromny niedosyt. Co dalej? Mam nadzieję, że mimo wszystko nie jest to kolejna jaskółka, co dalej tej wiosny nie uczyniła. Trzymam kciuki, żeby kolejne numery były coraz lepsze i dążyły w stronę wersji brytyjskiej. Będę z uwagą śledzić rozwój tej naszej edycji.

DKN #2 - wywiad z Amanitą

Dzisiaj mam przyjemność zaprezentować Wam wywiad z Amanitą z Amanitaland.



Na jej blog trafiłam dzięki Wspólnemu Dzierganiu i Czytaniu. Zajrzałam i przepadłam! U Amanity wręcz czuć zapach runa leśnego. Nie wiem, jak ona to robi, ale wszystkie jej projekty kojarzą mi się z lasem – piękne chusty, czapki, swetry.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z bloga amanitaland.blogspot.com i są własnością Amanity. 

Kim jest Amanita? Sama o sobie pisze: „Kociara uzależniona od herbaty, włóczek i dziergania”. Ci, co śledzą ją na Instagramie, wiedzą, że przeniosła określenie „kocia mama” na wyższy poziom. Bo stała się mamą sfinksa! Kot idealny dla dziewiarki, bo jak można pozwolić takiemu golaskowi chodzić bez sweterka? Cóż jeszcze mogę napisać – młoda, niezwykle zdolna dziewczyna. Koniecznie do niej wpadnijcie! I nie zapomnijcie zajrzeć też na ravelry.



1. Jak długo dziergasz? Od czego się zaczęło?

Ciężko powiedzieć, co zapoczątkowało u mnie dzierganie. Od małego byłam bardziej artystyczną duszą i kręciło mnie wszystko, co ręcznie robione. W szkole miałam jedynie szydełkowe łańcuszki i jakiś początek serwetki. Ale za druty chwyciłam dopiero jakieś 12 lat temu. Sama już nie pamiętam skąd wzięła się myśl o włóczkach. Mama na moją prośbę pokazała mi oczka prawe i lewe, a wciągnęło mnie na tyle, że chłonęłam potem wszystko sama z internetu. Robiłam raczej proste dodatki, aż do roku 2011, w którym odkryłam stronę Ravelry - przepadłam.
Typowo nałogowo zajmuję się tym od ok. 3-4 lat.



2. Kiedy przestało Ci wystarczać odtwarzanie pomysłów i zaczęłaś tworzyć własne wzory?

Odkąd pamiętam wolałam dziergać wg. własnego pomysłu. W całej tej zabawie jedną z najważniejszych dla mnie rzeczy jest to, że mogę stworzyć coś, co będę miała tylko ja. Jedyne, niepowtarzalne, idealnie dopasowane i zupełnie 'moje' dzieło. Coś czego nigdy nie spotkam w sklepie albo nie zobaczę na kimś innym. Dziergadeł prosto ze wzorów mam więc mało, obecnie coś koło kilkunastu sztuk na cały mój 'dorobek' dziewiarski. 

3. Kiedy pojawił się pomysł, żeby zacząć się dzielić wzorami? Kiedy stwierdziłaś, że można je sprzedawać?

Mój pierwszy w życiu sweter "Ynis Avalach" też zaprojektowałam sama. Chciałam mieć w nim wszystko co podobało mi się w kilku innych projektach naraz. Do tego każda użyta w nim technika była dla mnie zupełną nowością. Po pokazaniu zdjęć dostałam tyle miłych słów i pytań o wzór, że skusiłam się na próbę rozpisania go... i tak zostało. :) Do dziś pamiętam to uczucie kiedy zobaczyłam pierwsze zdjęcie robótki w trakcie testowania: radość aż serce tańczy i ta myśl "o rety, to wychodzi idealnie, wszystko działa". Duma mnie rozpierała. Myślę, że to bardzo mocno zaważyło na decyzji projektowania i pisania wzorów - te emocje, kiedy widzi się swoje nowe "dziecko". Fascynujące jest dla mnie to, jak wiele wersji o najróżniejszych charakterach może powstać z tego samego wzoru. Inna włóczka, inny dobór kolorów, a gotowa wersja jest tak szalenie inna (nadal fantastyczna a czasami nawet... lepsza od pierwowzoru). Nadal nie mogę się tym nacieszyć.

Co do drugiego pytania: Kiedy doświadczyłam, ile to tak naprawdę kosztuje wiedzy, przeliczeń, rozmyślań i czasu... i to nie tylko mojego. Ja zaczęłam z grubej rury: na pierwszy ogień poszedł właśnie sweter, więc kosztowało to dosłownie miesiące żmudnej i ciężkiej pracy. Nie zapominajmy o ogromnie pomocnych i uczynnych testerkach (i ukłony dla fotografa).


4. Skąd bierzesz pomysły na nowe projekty? Jak wygląda proces samego wymyślania?

Mam w sercu swój pewien styl, mocno pokręcony, który łączy wiele, wiele innych i do tego skrajnych. W dzianinie uwielbiam rustykalne tekstury, magiczne i mięsiste warkocze, albo delikatne i romantyczne ażury... ale czasami potrzebuję czegoś nowoczesnego i minimalistycznego. Zawsze jednak inspiruje mnie muzyka i natura. Czasami zapatrzę się na drzewo, spadający liść, a innym razem zupełnie zmieniam nastrój poprzez nowe utwory, które tworzą mi w głowie pewnie wizje. Zdarza się, że nagle przychodzi mi pomysł, który widzę od A do Z.
Bywa też tak, że siadam i zaczynam. Nie wiem wtedy nic więcej poza tym, że dziergam np. czapkę, albo chustę. I wszystko płynie samo, włóczka pokazuje mi to czego chce. Czysta improwizacja. I tak pracuje mi się najlepiej.



5. Jak wygląda proces tworzenia wzoru? Jak długo trwa?

U mnie zawsze najpierw jest dzierganie (same wiemy ile to trwa... a doliczmy częste prucie i zmiany koncepcji). Szczerze mówiąc tworzę to, czego akurat potrzebuję (wiecznie brakuje mi swetrów) i co mi się podoba. Każda z moich rzeczy jest później przeze mnie noszona, dlatego to musi być coś, co zrobię dla siebie, a nie tylko dla wzoru. Zazwyczaj nie pokazuję szczegółowo tego nad czym pracuję, ale to głownie ze względu, że prawie za każdym razem zwyczajnie 'zapeszałam'. Wtedy wszystko szło do pudła, albo momentalnie do sprucia. Jeśli jestem z czegoś zadowolona, to siadam i spisuję.
Staram się, by w każdym wzorze z ażurem/warkoczami pojawił się dokładny schemat - jeśli jest to jakaś chusta ze zmienną ilością oczek, to trzeba to wszystko w nim ładnie uwzględnić. Potem dochodzą przeliczenia... najgorsza część! aj!, testowanie, a jeśli potem wszystko jest dobrze to dopieszczam wzór graficzne i leci do ludzi. Trzeba pamiętać ciągle o tym, aby wzór był jasny, prosty i jak najbardziej czytelny. Mogą po niego sięgnąć osoby zupełnie początkujące i chodzi o to, aby tylko przy pomocy danego wzoru mogli wydziergać go od A do Z bez najmniejszych problemów. To, co dla nas jest już oczywiste i mamy to zakodowane, dla kogo innego może być zupełną nowością. Czasu pochłania to dużo, wszystko poza samym dzierganiem zajmuje mi od kilku tygodni - przy czapce, nawet do kilku miesięcy - dla swetra.



6. Ile osób zazwyczaj testuje wzór? Jak długo trwa testowanie?

Przy chustach może to być jedynie kilka osób. Ale do swetrów rozsądnie jest znaleźć min. 2-3 osoby na każdy rozmiar. Mimo tego samego rozmiaru figury są różne. Zwykle u mnie jest to ok. kilkunastu osób na wzór swetra.
Samo zbieranie chętnych do testowania potrafi zająć kilka dni. A właściwe testowanie zajmuje od ok. 2 tyg. na czapkę do min. 6-8 tyg. na sweter. Chusta znajdzie się gdzieś pomiędzy. Wszystko zależy też oczywiście od rozmiaru i stopnia skomplikowania samego wzoru.  Bywa, że wyjdą w trakcie jakieś błędy, nad którymi trzeba się dłużej pogłowić, albo życie zaskoczy i testerzy (lub ja) będą potrzebować jeszcze więcej czasu. Przez ten cały okres przydałoby się nadzorować wszelkie postępy i czuwać nad wszystkim. Na bieżąco wprowadzać poprawki, rozsyłać ponownie, pilnować, czy każdy dostał nową wersję, czy się zgadza. Po upływie terminu sama potrzebuję jeszcze kilku dni na dopracowanie finalnej wersji, a czasem powtórzenie zdjęć.

7. Ile czasu zajmuje Ci przygotowanie wzoru do publikacji – obróbka graficzna, zdjęcia, edycja tekstu?

Pisanie samego tekstu to kwestia kilku/nastu godzin. Co innego jeśli chodzi o uzupełnianie go o liczby dla innych rozmiarów niż mój... to jest dla mnie nie do oszacowania. Myślę, że śmiało mogę napisać o dniach. Pamiętam jak nie zgadzała mi się kiedyś jedna rzecz i łudziłam się, że przeliczę to maksymalnie w 1 godzinę... a skończyło się na 8 h. Warto dodać, że bywa tak iż w trakcie testowania trzeba dokonać ponownych obliczeń, poprawek. Obróbka graficzna zajmuje mi już nie tak dużo czasu jak liczby, ale swoje też trzeba 'odsiedzieć' - tu ucieka, tu coś znika, to za małe/ za duże, albo nieczytelne. Śmiało mogę tutaj podać kolejne kilka godzin. Sama sesja zdjęciowa wypada różnie - od spontanicznych 20 minut do nawet 2 godzin. Gorsze jest wieczne czekanie na wolny czas [musimy zgrać czas mój i 'osobistego fotografa') i dzienne światło. Obróbka to średnio kilka godzin przy kilku/nastu zdjęciach.
*kilka - dla mnie tutaj to minimum 4 godziny.


8. Obiektywnie: czy uważasz, że ceny wzorów dostępnych na ravelry są odpowiednie?

Wydaje mi się, że tak. Ravelry to istna kopalnia wzorów i można znaleźć ceny bardzo różne. Do tego często zdarzają się spore obniżki i akcje promocyjne.



9. Co sądzisz o kradzieży wzorów – gdy jedna osoba w sposób legalny nabywa Twoją pracę i udostępnia ją za darmo innym? 

Bardzo mi się to nie podoba. Uważam, że jest to brak poszanowania czyjejś pracy i włożonego trudu. Jest mi zwyczajnie przykro. To tak jakby pójść do księgarni i wziąć sobie za darmo książkę - coś nad czym cały zespół spędził niezliczone godziny, a sam autor nawet lata. To praca, jak każda inna, a w przypadku coraz większej ilości projektantów jest to ich główne źródło dochodu. Robią to zawodowo, dzień w dzień (i w noce). A przecież każdy musi płacić podatki, rachunki i mieć co zjeść. To jakby kazać ludziom pracować za darmo - idziesz np. do biura/szpitala/sklepu na min. 8 godzin, dojeżdżasz kolejne dwie, a masz z tego nic. Bo czemu nie.
To naprawdę nie są ogromne pieniądze (wzory można kupić już od kilku zł i zwykle nie więcej niż 40 zł) i można je pomału odłożyć. Kupując na Ravelry dodatkowo mamy taką opcję, że w razie jakichkolwiek poprawek dostajemy automatycznie każdą nową wersję. 


I jeszcze dodatkowa uwaga od Amanity:

Ogólnie rzecz biorąc nigdy nie liczyłam dokładnie, ile fizycznie spędzam nad tym czasu. Przyznam, że byłoby to dla mnie niemalże niewykonalne. Z racji tego, że pracuję normalnie na etacie, to na wszelkie projektowanie i dzierganie poświęcam swój wolny czas.
Nie wiem co więcej mogłabym napisać, bo np. czasami 1 wzór sprzedaje się znośnie, gdy drugi dosłownie kilka razy na rok albo nawet mnie. A czasu i serca poświęca się tyle samo. Potem jest sprawa komentarzy "czemu nie po polsku, tłumaczenie to chwila" itd. itd. Ale to już zupełnie inna kwestia. Tak samo jak testowanie.

Dziękuję pięknie Amanicie, że zechciała się z nami podzielić swoimi przemyśleniami. Sama jestem pod wielkim wrażeniem, ile godzin poświęca na przygotowanie wzorów.

Koszykowo

Zeszły rok w świecie szydełkowym upłynął pod dwoma znakami: mochila bag oraz sznurka bawełnianego i koszyków oraz dywanów z niego robionego. Te pierwsze bardzo mi się podobały (chociaż nie wszystkie wzory), te drugie jeszcze bardziej. A że na mochila bag trzeba trochę czasu poświęcić, wybrałam drugi trend.
No dobra, prawda była taka, że mój szlaban na włóczki skutecznie pohamował mnie przed zakupem odpowiednich motków. No i chociaż mochilki są piękne, to nie miałam do czego ich nosić...
A zabawa ze sznurkiem bawełnianym jest świetna z kilku względów.
Po pierwsze: to sznur, czyli nie włóczka, czyli... można kupić, nie?

Po drugie: kolory. W zasadzie ilość kolorów jest porównywalna z włóczkami bawełnianymi. Naprawdę jest w czym wybierać!
Po trzecie: tempo! Kurczę, to jest niesamowite. Jeden wieczór i dwa - trzy koszyki gotowe!
To właśnie ten ostatni argument sprawił, że wybrałam je na prezenty bożonarodzeniowe (takie tam wspominki, lepiej późno niż wcale). Koszyki dostały wszystkie moje siostry,  Mamusia, Nie-teściowa, i Nie-szwagierka. Powstało łącznie 5 koszyków w ciągu dwóch dni! Magia! No, ale szydełko 8 robi swoje.
Jakie wnioski? Po pierwsze: robi się szybko, ale ręka równie szybko się męczy. Po drugie: wszystkie wzory wyglądają super! Dzięki grubości sznurka wzory strukturalne wychodzą świetnie, bardzo wyraźnie. Po trzecie: nie ma tak, że koszyków jest za dużo. Zawsze jest co do nich włożyć.
A tutaj ostatni koszyk, który ostatnio dopiero został przekazany mojej starszej siostrze.


Sobie też zrobię! I nawet mam pomysł na bardziej fikuśne koszyki. Ale najpierw... Ma ktoś może trochę czasu do oddania?^^

Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Yarn Along

Obserwatorzy