"Pan Lodowego Ogrodu"

Dzisiaj jeden z obiecanych postów.
Miał być najpierw post o płaszczyku, ale z braku ładnego guzika nie ma zdjęć ;) A Emilka już na szczęście w domu z mamą. Jeszcze Malutkiej na żywo nie widziałam (siostra na razie nie chce pielgrzymek ;)), same zdjęcia, ale jest na nich taka malusia, że aż się boję, jak ją będę miała wziąć na ręce...
A teraz przejdźmy do sedna dzisiejszego postu. Wiem, że część z tych, które biorą udział w wyzwaniu u Maknety jest trochę taka anty-fantasy... I dzięki temu mam misję! Nawrócić niewiernych na fantastykę ;p Dlatego, jeśli trafi mi się jakaś warta uwagi książka to będę swoje przemyślenia o niej pisać.
Do "Pana Lodowego Ogrodu" miałam dwa podejścia. Pierwsze, z jakieś trzy-cztery lata temu. I szczerze mówiąc pierwszy tom mnie jakoś nie zachwycił. Stwierdziłam, że to jakieś takie "męskie", że nie do końca fantasy, bo trochę sci-fic, którego nie lubię... Nawet nie miałam możliwości dać książce Jarosława Grzędowicza drugiej szansy, bo kolejnego tomu w bibliotece nie było.

I tak sobie w swojej niechęci do "Pana..." żyłam do czasu, gdy mój mało czytający Luby wziął i sobie na swój czytnik ściągnął. I zaczął się mocno zachwycać, że to takie super. Recenzje książki znałam, no ale co ja będę obcym ludziom na słowo wierzyć, skoro mi nie podpasowało? Ale jak już moje Kochanie podarowało mi na urodziny Kindla, to stwierdziłam, że co mi szkoda spróbować drugi raz podejść do tematu?
I wsiąkłam. Jak nie czytam nigdy dwa razy tych samych książek (może po prostu nie trafiłam na takie, do których warto wracać), tak pierwszy tom tetralogii poszedł mi szybko, kolejne zassały mnie jak odkurzacz. Nie mam pojęcia, skąd mój brak entuzjazmu przy pierwszym czytaniu... Może po prostu dorosłam i zaczęłam zwracać uwagę na pewne aspekty i je doceniać?
Co mnie w takim razie tak zachwyciło? Jestem wielką fanką średniowiecza. Może nie aż tak, żeby się przenieść w czasie i żyć wtedy, ale z perspektywy współczesnej lubię architekturę średniowieczną (zarówno romańską, jak i gotycką), uwielbiam książki, które traktują o tych czasach, ot takie zboczenie zawodowe. I chociaż Jarosław Grzędowicz napisał powieść fantasy o innej planecie, to jednak nie sposób nie zauważyć odniesień do naszego ziemskiego średniowiecza i to w dwóch odsłonach: europejskiej i bliskowschodniej. Te dwie cywilizacje, w książce Wybrzeże Żagli (taka trochę jakby nasza Skandynawia) i Amitaraj (Turcja, osobiście dostrzegam tu wybitne nawiązania do Konstantynopola), są światami kompletnymi, z własnymi obyczajami, tradycjami, wierzeniami. Nie da się zarzucić w żaden sposób nieścisłości, znaleźć coś, co sobie nawzajem przeczy. Ale oprócz tych dwóch światów mamy jeszcze kolejne, może nie tak dokładnie opisane, może nawet trochę na uboczu, ale niemniej ważne, ba, nawet determinujące wszystkie wydarzenia na planecie. Jest to świat bogów i nasza rodzima Ziemia wraz z jej wysłannikami. Bogowie, czy też byty wyższe, jakkolwiek je nazwać, dbają o równowagę, aby wszystko trwało na swoim miejscu (dosłownie), a ziemianie, no cóż... My się od siebie różnimy, "jak dwie krople czystej wody" (W. Szymborska). Nie chcę za dużo zdradzić ;)
Czas trochę nakreślić fabułę. Akcja rozgrywa się na bliżej nie określonej planecie gdzieś poza naszym układem słonecznym, na której odkryto życie. I to nie byle jakie, bo chodzi tutaj o inteligentne formy życia - ludzi. Cywilizacja, jak już wspomniałam, zatrzymała się na naszym średniowieczu. Ale nie to jest najbardziej niezwykłego w tej planecie. Wszystko bowiem wskazuje na to, że są tam obecne zjawiska, które najłatwiej opisać jako magię. Zostaje zatem wysłana rzeczoną planetę ekspedycja naukowa. Do pewnego czasu wszystko idzie dobrze, ale pewnego dnia kontakt się urywa i nie wiadomo, co się stało z naukowcami. Rusza im zatem na odsiecz ekspedycja ratunkowa w sile jednego, ale nie byle jakiego, człowieka - Vuko Drakkeinena - Polako-chorwato-fin. Żeby nie czuł się zbyt samotnie zostaje u wszczepiony pasożytniczy grzyb, Cyfral, który wydobywa z niego cały potencjał, uruchamia rejony mózgu, z których normalnie nie korzystamy, pomaga mu się uczyć miejscowych języków, uwalnia pokłady adrenaliny i w ogóle taka "Wróżka-zębuszka" od spełniania marzeń o byciu superbohaterem. Oprócz tego Vuko wcześniej przechodzi dokładne szkolenie, ponieważ zgodnie z konwencją, nie może ingerować w życie na rzeczonej planecie, musi żyć jak miejscowy, więc cały jego ekwipunek jest co najmniej stylizowany na to, co noszą tubylcy.
Vuko wyrusza na poszukiwania zaginionych naukowców gotów odbić ich z rąk krwiożerczych miejscowych. No cóż, tylko nie każdy chce być uratowany... Ach, jak mnie kusi, żeby Wam tu trochę więcej napisać...
Druga historia opowiadana to dzieje następcy Tygrysiego Tronu. Tak jak opowieść o Vuko przybliża nam Wybrzeże Żagli, tak opowieść o Filarze, synu Oszczepnika, wprowadza nas w świat Amitaraju. Dzięki jego dziejom poznajemy jak fanatyzm może zmienić dobrze prosperujące państwo w ruiny. Jest świetnie opisany mechanizm rządów totalitarnych i prób tworzenia komunistycznych utopii.
Jak łatwo się domyślić, obie historie w końcu się w pewien sposób łączą, ale jest to zrobione tak zgrabnie, że nie można nic zarzucić tej dwutorowej narracji.
A kim jest tytułowy Pan Lodowego Ogrodu? No cóż... pojawia się dopiero w trzecim tomie i w zasadzie trudno mi stwierdzić, skąd akurat taki tytuł książki ;) Może ktoś, kto przeczytał lub przeczyta dopiero podzieli się swoimi sugestiami na ten temat?
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

2 komentarze:

  1. Nie wiem, jakoś mnie nie ciągnie do tej serii...

    Cieszę się, że Emilka już w domu. Cierpliwości, w końcu ją zobaczysz! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Pana Lodowego Ogrodu. kocham wrecz - miloscia wielka od pierwszej przeczytanej strony. Ciesze sie, ze ostatecznie przekonalas sie do tej ksiazki ;)
    Pozdrawiam,
    Ola

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Blog Archive

Yarn Along

Obserwatorzy