O powieściach historycznych słów kilka - Wszystkomający blog szydełkowy

sobota, 13 stycznia 2018

O powieściach historycznych słów kilka

Są dwa gatunki literatury, które najbardziej mi pasują – historyczna i fantasy. O tej drugiej kiedyś już na blogu pisałam, a dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić swoimi refleksjami o powieściach historycznych.
Ale zanim o tym, musicie poznać moje kryterium doboru książek. Wiadomo, nie ocenia się ich po okładce. Ja to robię na podstawię ich objętości. Wychodzę z założenia, że przecież nikomu nie chciałoby się pisać opasłego tomiszcza, jeśli byłoby złe. Nie mówiąc już o wydaniu tego. No i właśnie fantasy i historyczne spełniają moje podstawowe kryterium, bo są grubaśne.
Ale jak z fantasy zazwyczaj udaje mi się trafić dobrze, tak powieści historyczne… no cóż mój związek z nimi jest bardzo burzliwy.



Bo jakby się tak im dokładniej przyjrzeć to praktycznie każda z nich, nieważne w jakich czasach dzieje się akcja, jest dosyć wtórna. Mają te same elementy, w zasadzie mogę się dokładnie spodziewać, co się będzie działo.
Co się tak często powtarza, że aż mnie wkurza?
Po pierwsze postać głównego bohatera. Praktycznie zawsze, gdy poznajemy główną postać, jest on lub ona mało znaczącą częścią społeczeństwa. Ma jakieś tam trudne dzieciństwo – bieda, brak rodziców, zła macocha. Ale nagle odkrywa w sobie jakiś talent, ewentualnie ktoś dostrzega w nim potencjał. Idzie do szkoły, chociaż jest ubogim dzieckiem i raczej by nie było go stać. I ostatecznie osiąga sukces zawodowy i życiowy, staje się kimś ważnym – doradza królom, staje się dowódca wojsk, itd. Rozumiem ogólnie ten zabieg, bo nie są to biografie, tworzy się wymyślone postacie, ale trzeba jakoś opisać tło historyczne. A nie oszukujmy się, zwykły chłop, czy mieszczanin raczej nie będzie miał ani wpływu, ani dokładnych informacji na temat wielkiej polityki. Ale można to zrobić mniej nachalnie, niż metodą deus ex machina – był nikim, jest kimś… Przy czym chciałam zauważyć, że ten zarzut tyczy się głównie powieści opowiadających o czasach do XIX wieku. Wraz z rewolucją przemysłową dostęp do informacji stał się większy, a kolejny wiek i okres wojen pozwala zrobić bohatera z szeregowego żołnierza.
Druga rzecz drażni mnie zdecydowanie bardziej. Zawsze, ale zawsze musi być gwałt. W różnej wersji – pojedynczy, zbiorowy, na dziecku, na dorosłej, przypadkowy, albo taki, który ma upodlić ofiarę. Czasami mam wrażenie, że autorzy w pewnym momencie dochodzą do ściany z fabułą i stwierdzają: „hmm… nie bardzo mi idzie to pisanie… trzeba zrobić coś, żeby fabuła poszła do przodu. Potrzebuję, jakiegoś zwrotu akcji na gwałt... Gwałt! Gwałt jest rozwiązaniem na wszystko!”. No i faktycznie, to rozwiązanie powoduje jakiś tam zwrot w akcji. A jak z tego jeszcze będzie dziecko! O, to już intryga kręci się sama…
Po trzecie, to jest chyba grzech śmiertelny, na szczęście nie tak częsty (albo ja trafiam na dobre książki). Czyli brak zgodności akcji powieści z prawdą historyczną. Większość autorów, tych cenionych, jak Ken Follet, robi bardzo obszerną kwerendę i rażących błędów u niego nigdy nie znalazłam. Ale zdarzają się i czarne owce w tym stadzie…
Ale pomimo tych różnych wad, lubię sięgać od czasu do czasu po taką literaturę by przenieść się w czasie. Poczuć klimat lat dawno minionych…

Jeśli macie do polecenia jakieś dobre powieści historyczne, to z chęcią je poznam. Może będzie jakaś bez gwałtów...

1 komentarz:

  1. Kiedyś czytywałam książki historyczne obecnie jak sięgam to tylko po dawnych pisarzy takich jak np Kraszewski. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń