Wszystkomający blog szydełkowy: pogadanki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogadanki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogadanki. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lutego 2018

Planowanie - moja wersja

19:57:00 3
Planowanie - moja wersja
Podejść do planowania miałam w swoim życiu co najmniej kilka. Z różnym skutkiem i trwałością efektów.


Przerabiałam chyba każdą możliwą formę: zwykłe listy "to do", kalendarze, a nawet bullet journal. I efekty były różne. W zasadzie żadna z tych form mi nie podeszła. Ale każde podejście do planowania nauczyło mnie paru rzeczy.
Na przykład, że jednak forma plannera ma ogromne znaczenie. Że nie każdemu leży kalendarz, czy bujo. I że nie ma co przesadzać.

PUŁAPKI PLANOWANIA

HORROR VACUI
Jest takie pojęcie w baroku - horror vacui, czyli lęk przed pustą (a w zasadzie wolną) przestrzenią. To dlatego obrazy barokowe są tak przeładowane, a we wnętrzach w tym stylu trudno znaleźć kawałek białej ściany. No i miałam to samo z planowaniem, zwłaszcza w bujo. Po prostu pusta kartka przerażała mnie - znaczyło, że w moim życiu nic się nie dzieje, skoro nie mam co zapisać. Bardzo modne są wszelkiego rodzaju kolekcje, czyli różne listy: przeczytanych książek, książek do przeczytania, seriali, filmów, rozpiski sprzątania. I w tym pędzie też sobie to wszystko rozpisywałam. I wiecie co? Po pierwszym uzupełnieniu nie wracałam do tego... Bo tak naprawdę nie potrzebowałam tego.


PRZEPLANOWANIE
Pokrewna sprawa jak z horror vacui, ale dotycząca samego planowania dnia, czy tygodnia. Gdy wpisywała swoje plany na najbliższy czas tak kombinowałam, żeby było jak najwięcej zajęć w ciągu dnia. Mycie okien raz w tygodniu? Proszę bardzo! Czytanie przez określony czas? A jak! Szydełkowanie? Oczywiście! Codzienne generalne porządki? Czemu nie... I w ten cudowny sposób na papierze wyglądało, że po pierwsze dużo robię, a po drugie jestem świetnie zorganizowana, skoro to wszystko mi się mieści w 24 godziny. A jak było naprawdę? Połowy zadań nie wykonywałam, bo plany sobie, a życie sobie. Nie mówiąc już o tym, że byłam zwyczajnie zmęczona...

PLANOWANIE WAŻNIEJSZE OD ROBIENIA
W pewnym momencie złapałam się na tym, że więcej czasu poświęcam wymyślaniu planów i ozdabianiu, niż samemu realizowaniu. W bujo doszły jeszcze co miesięczne i co tygodniowe tabelki. Miałam dość i dałam sobie spokój.

JAK JEST TERAZ?

Dałam sobie na luz. Po pierwsze zdecydowałam się na prowadzenie gotowego plannera. Czekałam długo na ten idealny, od Aliny z Design Your Life. Nawet zastanawiałam się w pewnym momencie, czy sobie nie dać spokoju i nie wziąć czegokolwiek. Ale nie żałuję czekania. Bo ten planner ma to czego potrzebuję i nic ponadto - rozpisany kalendarz na miesiąc, tygodniówki, habit tracker, dniówki w układzie tygodniowym. I pełno miejsca na dodatkowe notatki i kolekcje. Niewątpliwym atutem jest świetny papier - pióro po nim po prostu płynie! Dzięki formatowi zbliżonemu do A5 mogę spokojnie go wrzucić do torebki i zabrać wszędzie! No a że jest "tylko" na pół roku (i tak kupiłam od razu drugi^^) to nie waży dużo.
To nie jest wpis sponsorowany^^.
Ok, to już wiecie gdzie, czas na to jak planuję.
Żeby uniknąć niepokoju z pustymi przebiegami wpisuję w dniówki nawet swoją pracę etatową. W ten sposób już 8 godzin w ciągu mam zajęte ;) 
Jakoś śledzenie nawyków nie do końca mi idzie - te nieszczęsna zdjęcia... ehh
Od razu wpisuję swoje treningi na siłowni, żeby nic nie planować na ten czas.
I jeszcze a propos treningów. Ponieważ wiem, że muszę na nie poświęcić dwie godziny (razem z dojściem, przebraniem się), a po samej siłowni wyglądam jak kupa, to na dni ćwiczeniowe nie planuję nic wielkiego. Nie ma wtedy wpisów, nie prasuję, nie robię większych porządków (mycie podłóg i tym podobne sprawy). Po prostu wiem, że nie zrobię tego.
Ogólnie zadania nieterminowe (pranie, prasowanie, sprzątnięcie czegoś konkretnego) wpisuję w tygodniówkę i przepisuję do dniówek, dzień przed, gdy wiem, że nic nie wyskoczy.
Na początku każdego tygodnia sprawdzam, czy w kalendarzu miesięcznym nie mam na te siedem dni jakiś dodatkowych planów - urodziny, imprezy, lekarze.
Nie spinam się, że strony w plannerze nie są zapisane od dołu do góry. Da się z tym żyć ;)
Jeszcze szukam konkretnych pomysłów na zagospodarowanie wolnych stron na notatki i "Tygodniowe zestawienia". Ale czy to źle? No nie wiem ;)
Z pewnością część stron przeznaczę na sprawy związane z robótkami, bo nie może być inaczej :D

A jak u Was jest z planowaniem? Organizujecie sobie dzień, czy idziecie na żywioł?

sobota, 17 lutego 2018

Afrykarium - część II

20:15:00 0
Afrykarium - część II
Czas na kolejną część opowieści o Afrykarium, tym razem zajmiemy się tym, co najważniejsze, zwierzętami!
Zacznijmy zatem wędrówkę po Afryce.
Pierwszym akwarium, które będziemy mijać to Morze czerwone z rafą koralową. Spora część z Was będzie zapewne mocno zawiedziona, ponieważ wygląda ona trochę szaro. To dlatego, że same koralowce są martwe... Niestety, ale nie da się przenieść żywych koralowców. Ale pod samym Afrykarium rozpoczęto hodowlę tych ciekawych organizmów i za parę lat część z nich zostanie wprowadzona do akwarium poświęconego Morzu Czerwonemu. I chociaż koralowce są martwe, to już rybki wręcz przeciwnie. Od razu widać, że mamy do czynienia z ciepłym morzem, bo bogactwo kolorów jest po prostu oszałamiające. Ale nie ma co zadawać sobie pytania: "Gdzie jest Nemo?". Błazenki i owszem mieszkają na rafie, ale Wielkiej, przy Australii.

Kolejnym biomem jest Afryka Wschodnia. Największą atrakcją tej część Afrykarium jest rodzina hipopotamów: Walecek (w sensie mały walc - ten taniec), chłopak z Czech, Samba, Rumba i Zumba. łatwo zauważyć pewną tendencję w nadawaniu imion ;) Jeśli akurat macie szczęście to z pewnością zachwycicie się tym, jak te zwierzaki lekko potrafią poruszać się w wodzie. Ich taneczne imiona nabierają wtedy sensu!


Innymi ciekawymi mieszkańcami tej części są mrówniki, nie mylić z mrówkojadami. To bardzo sympatyczne zwierzęta, osobiście kojarzą mi się z paszczakiem z Muminków^^. Jak sama nazwa wskazuje żywią się mrówkami, ale w warunkach hodowlanych ich głównym pokarmem jest psia karma z mieloną wołowiną.
A zaraz obok nory mrównika mamy hodowlę golców - takich łysych kretów. Te gryzonie idealnie przystosowały się do warunków, w których żyją - są łyse, żeby się nie przegrzewać, mają silne łapy i potężne siekacze, żeby kopać nory. Ich społeczność przypomina tę u mrówek, czy pszczół - jest zatem królowa, robotnice i żołnierze. Golce wyglądają trochę obrzydliwe, ale są doprawdy fascynujące!
A tuż przy nich kolejne dwa gigantyczne akwaria. Zostały poświęcone wodom dwóch największych jezior w Afryce - Tanganice i Malawi. To pierwsze to drugi największy zbiornik słodkiej wody na świecie, po jeziorze Bajkał. Z kolei Malawi, ze względu na bogactwo form życia, zostało wpisane na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO.
Ruszamy dalej, by trafić do Kanału Mozambickiego i przywitać się ze Stefanem (bądź Stefanią...). Nie wiem, czy wiecie, ale żółwie zielone są zielone również od środka! Jedzą tyle zieleniny (plankton i glony), że nawet ich tłuszcz przybiera taki kolor! W tym akwarium możecie zobaczyć jak wygląda tuńczyk zanim trafi do puszki. Ale również podziwiamy różne gatunki rekinów i płaszczek. I nie, nie zjadają się nawzajem. Prosta zasada: najedzone zwierzę nie zje innego ;) Największą atrakcją konstrukcyjną w Afrykarium jest z pewnością podwodny tunel, mamy w nim okazję podziwiać jak wokół nas pływają wszystkie ryby, a czasem i Stefan nad głowami przemknie! trzeba tylko w tunelu uważać, bo błędnik szaleje!
Ale chodźmy dalej, do pingwinów i kotików! To ulubieńcy dzieci. I nie ma się co dziwić, bo oba gatunki lubią się bawić! Pingwiny przylądkowe, które mieszkają w ZOO to mieszana grupa z kilku ogrodów zoologicznych w Europie. Ale doczekaliśmy się już swojego przychówka, pierwsza wykluła się Janush. Tak, tak wykluła, bo po nadaniu imienia okazało się, że to samica. Najlepiej pingwiny podziwiać w wodzie, gdzie wyglądają jak małe torpedy. pośrodku zostały umieszczone mniejsze akwaria z murenami, meduzami i skrzydlicami. Warto im też poświęcić chwilę. A po drugiej stronie czekają już kotiki, czyli uchatki. Nie mylić z fokami! Różnią się od nich chociażby tylnymi kończynami, które nie są zrośnięte oraz widocznymi uszami. Najlepiej zaplanować sobie wycieczkę tak, żeby załapać się na karmienie i zobaczyć trening uchatek. I tak, to trening, a nie tresura. Wszystkie czynności mają sens i są potrzebne, by na bieżąco monitorować stan zdrowia zwierząt.
I zbliżamy się do ostatniej części - dżungli Kongo i rzeki o tej samej nazwie. Najlepiej zdjąć wierzchnie okrycia zanim się wejdzie, bo się tam duszno i bardzo wilgotno. I lepiej uważać, jeśli ma się sporo szczęście - to strefa wolnych lotów, co oznacza, że nad głowami latają ptaki. 

I cóż można tutaj zobaczyć? Krokodyle - ojca z córką. To w zasadzie żywe skamieliny i od wielu milionów lat niewiele się zmieniły. Podobnie jak niezmienny pozostał strach przed ich zębiskami.


Ale to nie krokodyle wzbudzają powszechny zachwyt lecz manaty! Albo krowy morskie. Są po prostu cudne! majestatyczne, a jednocześnie takie... przytulaste. To ssaki wodne żyjące na pograniczu rzek i mórz. Są roślinożerne i stąd ich pospolita nazwa. Aktualnie w Afrykarium mamy czwórkę tych zwierzaków - dwóch braci - Gumle i Armstronga z Danii oraz dwie Azjatki z Szanghaju - Abel i Ling. A ich igraszkom przygląda się z boku szkielet Teresy, manatki z Niemiec, która zdechła po trzech miesiącach... ze starości... Ale! Wracając do dziewczyn z Azji... wiecie, jak nazywała się cała akcja logistyczna związana z transportem? "Pakujemy manatki"! Mistrzostwo!
I tym optymistycznym akcentem kończymy naszą przygodę w Afrykarium! Mam nadzieję, że je kiedyś odwiedzicie ;)

środa, 14 lutego 2018

Afrykarium - część I

16:55:00 1
Afrykarium - część I
Prezentując w zeszłym tygodniu morski kocyk, zaproponowałam Wam post o samym Afrykarium. Nie ma zatem co odwlekać, o to garść informacji o wrocławskim oceanarium. Dzisiaj zajmiemy się sprawami technicznymi, a w piątek opowiem o zwierzętach ;)

Afrykarium zostało otwarte w październiku 2016. Sama je odwiedziłam już w drugim tygodniu po otwarciu, a później na bieżąco śledziłam zmiany, jakie w nim zachodzą.
Zacznijmy może od samego budynku, który jest dosyć interesujący. Po pierwsze jego wygląd zewnętrzny nie mógł być dowolny. Ze względu na bezpośrednie sąsiedztwo Hali Stulecia, zabytku wpisanego na listę UNESCO, musiał mieć określoną wysokość, a sami projektanci nie mogli zaszaleć z bryłą i kolorami. Pomimo ograniczeń powstał pawilon, który swoją formą oddaje ducha Czarnego Lądu, z ciekawym rozwiązaniem z części tylnej, gdzie mamy zarys statku.

Powstaniu Afrykarium przyświecało hasło "Życiodajne wody Afryki". Pawilon nie ma jednak służyć tylko zwiedzającym i dawać gościom radość i miło spędzony czas. To przede wszystkim dom dla zwierząt i to one mają się czuć komfortowo. Dlatego zastosowano wiele rozwiązań, które pomagają zwierzakom w życiu za szybami (bo krat oczywiście nie ma). Przede wszystkim nie ma prostego podziału na dzień-noc, czyli jest albo jasno, albo ciemno. Nie, mamy również wschód i zachód słońca. Odwiedzający, którzy przychodzą wieczorem są często zdziwieni, że światło w Afrykarium jest przyciemnione, a są po prostu świadkami zachodu słońca w Afryce. Kolejną sprawą jest woda. W pawilonie znajduje się kilkadziesiąt różnych akwariów i basenów. I w każdym jest inna woda - mniej lub bardziej zasolona, cieplejsza, chłodniejsza, bardziej kwasowa lub zasadowa. Za prawidłowe warunki wodne odpowiada cała maszyneria ukryta po Afrykarium. Część z niej jest widoczna w Fabryce wody, części udostępnionej dla odwiedzających.

Kolejna techniczna sprawa. W Afrykarium nie ma szkła. Wszystkie szyby, które widać, to akryl. Dlaczego? Po pierwsze - jest dużo tańszy. Ale oprócz tego sporo lżejszy i lepiej sprawdza się przy naprężeniach spowodowanych ciągłym ruchem wody. No i jest też wytrzymalszy. Łatwiej się go kształtuje, dlatego można było wykonać podwodny tunel, a także zaokrąglone szyby na rafie koralowej. Jeśli jesteście ciekawi, jak gruba jest taka szyba, to przy pierwszym akwarium z rafą koralową macie szansę, bo jest ono od góry otwarte. Już tam grubość robi wrażenie, a akurat ta szyba jest jedną z cieńszych. Największa tafla akrylu ma wymiary 8m x 4m x 30m i waży 11 ton! Ale gdyby zrobić ją ze zwykłego szkła... jej ciężar wyniósłby 25 ton.
No to skoro techniczne ciekawostki mamy za sobą ;) W piątek zapraszam na spotkanie z mieszkańcami Afrykarium ;)

środa, 7 lutego 2018

Podróż za jedną włóczkę

18:52:00 7
Podróż za jedną włóczkę
Dzisiaj chciałabym poruszyć bardzo ważny (z dziewiarskiego punktu widzenia) problem. Podróże.
Wiadomo, że gdy wybieramy się gdzieś dalej, pociągiem, czy jako pasażer samochodu, to zawsze trzeba mieć coś przy sobie.
Chciałabym się jednak pochylić nad tymi codziennymi podróżami - do pracy, czy do szkoły.
Często pojawia się stwierdzenie, że doba ma za mało godzin, żeby zrealizować wszystkie pomysły i przerobić nasze zapasy.
Wszystko się rozbija o to, żeby jak najlepiej wykorzystac czas na dzierganie. Jak zatem to zrobić?
Po pierwsze trzeba przesiąść się z własnego transportu na komunikację miejską. Ekologicznie. No i bezpieczniej, bo dzierganie i kierowanie autem raczej nie należy do najlepszych pomysłów...

Zatem, gdy już kupimy bilet miesięczny, trzeba się zastanowić nad kolejnymi problemami. A mianowicie... wolne miejsca do siedzenia. Niby da sie dziergać na stojąco, ale trzeba się sprawnie owinąć wokół poręczy, żeby nie latać po całym autobusie lub tramwaju (albo trolejbusie, jeśli jesteś z Lublina). Jest na to jedno proste rozwiązanie. Trzeba mieszkać przy pętli! Miejsce siedzące mamy wtedy gwarantowane. Broń Cię Panie Boże wybierać miejsce zamieszkania lub pracy w okolicach uczelni (studenci...) albo dworca (turyści...).

Jeśli jednak z jakiegoś względu zmiana mieszkania lub pracy nie wchodzi w grę, pozostaje jeszcze kamuflaż. Można próbować na staruszkę, ale to za dużo zachodu - farbowanie włosów, odpowiednia garderoba, jakiś wyleniały lis na ramionach. Albo wersja ekonomiczna - ciąża. Worek z robótką pod ubranie i ciąża jak ta lala. A biorąc pod uwagę, że niektóre prace rodzą się w bólach, więc w sumie to wielkiego przekłamania nie ma.
Dodatkowo w zimie trzeba pamiętać, żeby wybierać takie trasy, gdzie kursują nowoczesne maszyny, które szybko się nagrzewają - nie ma nic gorszego, niż dzierganie zgrabiałymi rękami, gdy palce ledwo się zginają...

Dodatkowym atutem będzie, jeśli blisko naszych przystanków będzie pasmanteria albo chociaż paczkomat. Można wtedy dodatkowo urozmaicić sobie podróż mizianiem najnowszych nabytków.
Pamiętajcie - każde 5 minut w podróży bez dziergania, to jeden rządek mniej!
Dobra... wiem, że nie istnieje takie pojęcie jak "jeszcze jeden rządek"... bo na jednym ciężko skończyć ;)

środa, 31 stycznia 2018

Taki mamy klimat

20:06:00 4
Taki mamy klimat
Uwaga, wsadzam kij w mrowisko! Chcę zimy! Serio.
Mieszkam we Wrocławiu i szczerze mówiąc (czy też pisząc) w tym roku nie uświadczyłam ani śniegu, ani prawdziwego mrozu. I serio jest mi z tego powodu smutno.
Od razu zaznaczam, że to zima nie jest moją ulubioną porą roku. Zdecydowanie wolę wiosnę. Ale wiem też, że żyjemy w takim klimacie, że jednak zarówno lato, jak jesień, wiosna, czy właśnie zima są nam i naszemu środowisku potrzebne.

Nie wiem, jak to teraz w szkole jest, ale mnie jeszcze w podstawówce uczono o oziminach. O tych roślinach, które, żeby móc się odpowiednio rozwijać muszą wymarznąć przez zimę pod osłoną śniegu. Ba, nawet drzewka owocowe, czy każde inne rośliny w naszej strefie klimatycznej są przyzwyczajone do pewnego cyklu wegetatywnego. A tak wszystko szaleje. Mamy końcówkę stycznia, a ja już widziałam zdjęcia krokusów… Strach iść do parku, żeby nie znaleźć pierwszych oznak wiosny.

Ale już nawet abstrahując od kwestii przyrodniczych, zastanówmy się, co zima (taka prawdziwa, a nie takie byle co) oznacza dla nas, dziewiarek. Oczywiście docenienie i splendor. Bo nagle się okazuje, że nasze hobby to nie znowu takie byle co. Gdy inni pocą się w akrylach z sieciówek my grzejemy się w wełnianych swetrach, które dodatkowo oddychają. Mamy stylowe nakrycia głowy i idealnie dobrane szale, szaliki, czy chusty. Ba, nawet nasze kolorowe skarpetki okazują się towarem na wagę złota (pod warunkiem, że zrobimy jednak za darmo, bo wiecie… po znajomości…).
Poza tym, czyż to nie przyjemnie usiąść z kubkiem herbaty, pod kocem, z wełnianym kłębkiem i dziergać patrząc, jak za oknem prószy?
Tak że – zimo, wróć (byle nie w marcu...)!

Mam nową czapkę, to się nie boję^^.  
P.S. Chciałam dać jakieś zimowe zdjęcia... Ale nie mam. Smutek...