Wszystkomający blog szydełkowy: czytelniczo
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytelniczo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytelniczo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

O powieściach historycznych słów kilka

14:42:00 6
O powieściach historycznych słów kilka
Są dwa gatunki literatury, które najbardziej mi pasują – historyczna i fantasy. O tej drugiej kiedyś już na blogu pisałam, a dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić swoimi refleksjami o powieściach historycznych.
Ale zanim o tym, musicie poznać moje kryterium doboru książek. Wiadomo, nie ocenia się ich po okładce. Ja to robię na podstawię ich objętości. Wychodzę z założenia, że przecież nikomu nie chciałoby się pisać opasłego tomiszcza, jeśli byłoby złe. Nie mówiąc już o wydaniu tego. No i właśnie fantasy i historyczne spełniają moje podstawowe kryterium, bo są grubaśne.
Ale jak z fantasy zazwyczaj udaje mi się trafić dobrze, tak powieści historyczne… no cóż mój związek z nimi jest bardzo burzliwy.



Bo jakby się tak im dokładniej przyjrzeć to praktycznie każda z nich, nieważne w jakich czasach dzieje się akcja, jest dosyć wtórna. Mają te same elementy, w zasadzie mogę się dokładnie spodziewać, co się będzie działo.
Co się tak często powtarza, że aż mnie wkurza?
Po pierwsze postać głównego bohatera. Praktycznie zawsze, gdy poznajemy główną postać, jest on lub ona mało znaczącą częścią społeczeństwa. Ma jakieś tam trudne dzieciństwo – bieda, brak rodziców, zła macocha. Ale nagle odkrywa w sobie jakiś talent, ewentualnie ktoś dostrzega w nim potencjał. Idzie do szkoły, chociaż jest ubogim dzieckiem i raczej by nie było go stać. I ostatecznie osiąga sukces zawodowy i życiowy, staje się kimś ważnym – doradza królom, staje się dowódca wojsk, itd. Rozumiem ogólnie ten zabieg, bo nie są to biografie, tworzy się wymyślone postacie, ale trzeba jakoś opisać tło historyczne. A nie oszukujmy się, zwykły chłop, czy mieszczanin raczej nie będzie miał ani wpływu, ani dokładnych informacji na temat wielkiej polityki. Ale można to zrobić mniej nachalnie, niż metodą deus ex machina – był nikim, jest kimś… Przy czym chciałam zauważyć, że ten zarzut tyczy się głównie powieści opowiadających o czasach do XIX wieku. Wraz z rewolucją przemysłową dostęp do informacji stał się większy, a kolejny wiek i okres wojen pozwala zrobić bohatera z szeregowego żołnierza.
Druga rzecz drażni mnie zdecydowanie bardziej. Zawsze, ale zawsze musi być gwałt. W różnej wersji – pojedynczy, zbiorowy, na dziecku, na dorosłej, przypadkowy, albo taki, który ma upodlić ofiarę. Czasami mam wrażenie, że autorzy w pewnym momencie dochodzą do ściany z fabułą i stwierdzają: „hmm… nie bardzo mi idzie to pisanie… trzeba zrobić coś, żeby fabuła poszła do przodu. Potrzebuję, jakiegoś zwrotu akcji na gwałt... Gwałt! Gwałt jest rozwiązaniem na wszystko!”. No i faktycznie, to rozwiązanie powoduje jakiś tam zwrot w akcji. A jak z tego jeszcze będzie dziecko! O, to już intryga kręci się sama…
Po trzecie, to jest chyba grzech śmiertelny, na szczęście nie tak częsty (albo ja trafiam na dobre książki). Czyli brak zgodności akcji powieści z prawdą historyczną. Większość autorów, tych cenionych, jak Ken Follet, robi bardzo obszerną kwerendę i rażących błędów u niego nigdy nie znalazłam. Ale zdarzają się i czarne owce w tym stadzie…
Ale pomimo tych różnych wad, lubię sięgać od czasu do czasu po taką literaturę by przenieść się w czasie. Poczuć klimat lat dawno minionych…

Jeśli macie do polecenia jakieś dobre powieści historyczne, to z chęcią je poznam. Może będzie jakaś bez gwałtów...

środa, 27 września 2017

Środa z książką - Bosnoga królowa, czyli, ja wiedziałam, że tak będzie...

15:59:00 2
Środa z książką - Bosnoga królowa, czyli, ja wiedziałam, że tak będzie...
Staram się ostatnio zrobić sobie przerwę od fantastyki. Nie żeby mnie znudziła, co to, to nie! Szczerze mówiąc wymaga to ode mnie nie lada wysiłku, żeby nie szukać nowych pozycji z tego gatunku.
Kryminały, które mnie interesowały przeczytałam (czyli cała seria o Mocku i Popielskim), padło więc na powieści historyczne. Chrapka na ten gatunek jeszcze u mnei wzrosła, jak zobaczyłam w którymś z elektromarketów, że powstała gra na podstawie "Filarów Ziemi". Do dziś pamiętam, jak mnie wciągnęła budowy katedry w Kingsbridge. Chciałam wrócić w te klimaty i poczuć przeszłość.
Wybór padł na "Bosonogą królową" Ildefonso. No cóż... Po pierwsze... "Filary Ziemi" to, to nie są... Już wcześniej czytałam "Katedrę w Barcelonie tego autora i miałam podobne wrażenia jak po powieści Kena Folleta. A tutaj... już na samym początku byłam w stanie przewidzieć, co się będzie działo...

Jestem daleka od feministycznej paranoi, ale jeśli jako najważniejszą część opisu kobiety traktuje się jej piersi (oczywiście dorodne i jędrne...), to coś jest chyba nie tak... Zatem, gdy tylko przeczytałam opis byłej czarnej niewolnicy - Cardidad, wiedziałam jedno... Zostanie zgwałcona... No i cóż... kilka stron dalej moje przewidywania się spełniły i to wielokrotnie... Na plus trzeba jednak policzyć, że obyło się bez szczegółów, całość została ograniczona do niezbędnego minimum. Jedyne z czym się pomyliłam, co do wykształcenia Caridad. Bo pasowało, żeby była inteligentna i samo wykształcona - coś w stylu nauczyła się czytać z Biblii, a później u swojego właściciela podbierała książki z biblioteki. Ale nie, jedynymi niezwykłymi umiejętnościami okazuje się taniec, śpiew i zwijanie cygar... także... no lekki zawód.
Ale, o dziwo, pomimo długiego wstępu poświęconego właśnie Murzynce, to nie ona jest główną bohaterką, a Cyganka - Milagros. Jedną z pierwszych rzeczy, którą się o niej dowiadujemy jest to, że... ma przepiękną twarz oraz... jędrne, młode piersi... No spoko, to są właśnie te informacje, które mnie najbardziej interesują. Tutaj doszłam do wniosku, że chyba powtórki z losów Caridad nie będzie (spoiler alert: myliłam się...). Za to inne moje podejrzenia się sprawdziły. Nie będę tu jednak wdawać się w szczegóły, bo to za dużo już zdradzi z fabuły.
Czemu zatem czytam tę książkę, skoro nie piszę o niej zbyt przychylnie? Bo mimo wszystko trochę się wciągnęłam w historię Cyganów w XVIII-wiecznej Hiszpanii. Bo oprócz tych trochę kalecznie opisanych postaci kobiecych, to w tle jest dziadek Milagros, który jest bardzo barwnym osobnikiem. Po prostu nie jest to zła książka!

A na szydełku w końcu coś dla mnie - powstaje ciepły sweter z alpaki w pięknym fioletowym kolorze. Jeszcze tylko końcówka dekoltu! Nie mogę się doczekać!

środa, 23 sierpnia 2017

Środa z książką - Tajemnica diabelskiego kręgu

19:22:00 3
Środa z książką - Tajemnica diabelskiego kręgu
Czytaliście w dzieciństwie serię powieści Joanny Chmielewskiej o rodzeństwie Chabrowiczów? A może nieobcy jest Wam Pan Samochodzik?
W latach wczesnomłodzieńczych zaczytywałam się w powieściach przygodowych dla młodzieży. Czułam się taka dojrzała, w końcu Chmielewska pisała prawdziwe "dorosłe" kryminały!
I tak jakoś czasem tęsknię do tych czasów, gdy siedziałam pod gruszą u Babci i z wypiekami na twarzy śledziłam przygody Pawełka i Janeczki, czy Pana Samochodzika.
Chyba właśnie z tej tęsknoty sięgnęłam po książkę Anny Kańtoch "Tajemnica diabelskiego kręgu" (dobra, tak naprawdę to był zwykły przypadek...). Zamysł podobny jak w książkach z dzieciństwa - tajemnica, grupa dzieci, która próbuje rozwiązać zagadkę... Tylko tym razem niebezpieczeństwo jest prawdziwe i do tego wykraczające poza świat realny. Trochę horror, trochę fantasy. Zdecydowanie trzyma w napięciu! Ale... bo, niestety, jedno ale będzie... bardzo nie lubię wszystkowiedzacych narratorów, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą. Zdecydowanie to rozwiązanie bardzo zepsuło mi zakończenie. Co to za przyjemność wiedzieć kilkanaście stron przed końcem, co się stanie... Nawet, jeśli się tego domyślałam...
Ale i tak polecam każdemu, kto tęskni za tajemnicami z książek z czasów dzieciństwa, a jednak chce już "dorosłego" dreszczyku emocji.
A na szydełku... Warkocze. Tak, tak, zdecydowanie da się zrobić prawie drutowe warkocze na szydełku :D

Na zdjęciu widzicie też mój dylemat... kończyć ostatni kremowy pas do kocyka, czy zrobić etui na nowy czytnik... Jakieś 15 minut po zrobieniu zdjęcia problem sam się rozwiązał. Pomimo moich magicznych obliczeń (słynna metoda na oko) zabrakło mi włóczki na czwarty pas. Liczyłam się z tym, więc tragedii nie ma. Mogę zatem na spokojnie zająć się czytnikiem. A póżneij od razu powrót do kolejnych warkoczy do kocyka.

Dzięki za odwiedziny i komentarze!

środa, 4 stycznia 2017

WCiD Nowy Rok i co z tego wynika

17:48:00 8
WCiD Nowy Rok i co z tego wynika
Nowy Rok – Nowa ja! Znaczy w sumie to tak nie do końca… W ramach małych postanowień noworocznych wymyśliłam sobie powrót do środowych spotkań z książką i robótką u Maknety. Nie twierdzę, że będę co tydzień, bo szczerze wątpię, że mi się to uda… Ale żeby przynajmniej tak dwa razy w miesiącu, wydaje się to całkiem realne.
Jak wspominałam we wcześniejszym wpisie (KLIK) w 2017 roku chcę odstawić na bok fantasy i zacząć przygodę z kryminałami i powieściami związanymi z Wrocławiem.
Ale najpierw muszę skończyć, to co mam na czytniku, czyli 3 tom serii „Szklany tron” Sary J. Maas. W ogóle dopiero przygotowując ten wpis sprawdziłam, ile lat ma autorka. Raptem rok starsza ode mnie, a swoją pierwszą powieść wydała w wieku 26 lat. Lekkie ukłucie zazdrości poczułam, ale za chwilę pojawiła się myśl – super, może też powinnam spróbować?
Ale w zasadzie to dzisiaj nie chciałam o tym pisać. Wersja, którą czytam to fanowskie tłumaczenie z angielskiego. I właśnie o tłumaczeniach książek chciałam kilka słów napisać. Pierwszy i drugi tom czytałam w oficjalnym tłumaczeniu – było świetne. Oddawało klimat książki, widać było, że tłumacz stanął naprawdę na wysokości zadania.
Wersja fanowska… No cóż, podobno była poddana korekcie. Ale nie chce mi się w to wierzyć, nieraz oczy mi krwawią, jak widzę te wszystkie błędy językowe, próby jakiś zabaw słownych, które wychodzą bardzo nieudolnie. Na siłę wciskane wtręty młodzieżowe… Ale najgorsze, naprawdę najgorsze, są przypisy. Po co? Żeby tłumaczka mogła pokazać jaka jest zabawna… Tylko, że są to żarty w tonacji D-dur, jak mówi moja Mamusia, czyli dotyczące szeroko pojętego dupczenia. A, jeszcze jest dużo wzdychania do głównych męskich bohaterów.
Jaka z tego nauka? Tanie mięso to psy jedzą i jednak lepiej zainwestować w oficjalny przekład. Przy ostatnim tomie już tego błędu nie popełnię, a przy książkach o Wrocławiu problem całkiem zniknie, bo w większości i tak są po polsku z natury.

A na szydełku sweterek według Dropsowego wzoru, ale coś nie wychodzi tak, jak trzeba… Zobaczymy po praniu, co wyjdzie.
Lecę zobaczyć, co Wy podczytujecie i dziergacie J

środa, 17 sierpnia 2016

WCiD - Lux Perpetua

19:53:00 11
WCiD - Lux Perpetua
I oto udało mi się skończyć "Bożych Wojowników", teraz czas na kolejny tom. I wiecie co? Jest lepiej. Faktycznie zaczęłam się wciągać, już tak bardzo mnie nie irytuje Reynavan. Powiem więcej, nawet zrobiło mi się przykro, gdy już, już stał na stosie. Nie wiem, czy to perspektywa rychłego końca książki, czy się po prostu już przyzwyczaiłam do historii... Grunt, że teraz czyta się dużo lepiej.
A co na szydełku? Mysza się nie wydziergała. W międzyczasie z prostego projektu wyszło mi, że poszaleję i pokombinuję z wyglądem. Że nie chcę robić kolejnej myszki-baletnicy. I wydłużył się czas tworzenia, ale zostałam rozgrzeszona. Mysza już nie wygląda jak trupia główka, jeszcze tylko skończyć spódniczkę i zrobić nogi i koniec. Uprzedzając pytania. Tak, ma wbitą igłę w głowę. Żebym nie zgubiła swojej ostatniej igły do zszywania.
Ale, że przyroda nie lubi próżni, i jak tylko zaczęłam czuć powiew wolności, wpadło zadanie od Mamy - "coś" dla Luljana (czytaj: Juliana). Więc wyciągnęłam z odmętów pudeł niebieski akryl i dzisiaj zaczęłam dziergać misiokocyk.

No i ciągle powoli robi się chusta.
Nie licząc dwóch ufoków z zamierzchłych czasów...
A miałam nie robić kliku rzeczy na raz... Ech...
A Wy ile macie robótek zaczętych?

A i oczywiście zapraszam wszystkich do wspólnego wyzwania: "Zdążyć przed Świętami". Będziemy wspólnie dziergać ozdoby świąteczne, niekoniecznie choinkowe :) Po szczegóły zapraszam TU
I poprawiony banerek:

Dzięki wszystkim za odwiedziny i komentarze :)

środa, 3 sierpnia 2016

WCiD - Boży bojownicy

18:15:00 9
WCiD - Boży bojownicy
Dawno, dawno temu na blogu przyznałam się, że z wykształcenia jestem historyczką (a czasem nawet histeryczką). Większość z Was zapewne wie, że jeśli chodzi o literaturę, to moją miłością jest fantasy. Nie ma zatem nic lepszego niż historyczna fantastyka. A jak już akcja książki dzieje się na Śląsku w średniowieczu, to już pełnia szczęścia!
I tak właśnie jest w przypadku "Trylogii husyckiej" Andrzeja Sapkowskiego. Pierwszą część mam już za sobą, teraz jestem w połowie drugiego tomu. I cóż mogę powiedzieć... Fani Wiedźmina mogą być nieco zawiedzeni, bo jednak tych elementów fantastycznych jest mniej, ale jednak błyskotliwe dialogi pozostają dalej na wysokim poziomie.
O czym jest "Trylogia"? O ludziach uwikłanych w historię, o miłości, o przyjaźni.
Mam jednak pewne ale... Nie wiem, czy to zabieg celowy, czy po prostu tak wyszło... Ale nie jestem w stanie polubić głównego bohatera Reynevana. To taki typ człowieka, który nie ma w ogóle instynktu samozachowawczego, jeśli da się władować w jakieś kłopoty, chociaż by go wszyscy ostrzegali, to on i tak się w coś właduje. Oczywiście przyświecają mu szlachetne pobudki, jest idealistą, ale... no kurczę, ile razy można jak ćma lecieć w ogień? Jak tylko wyjdzie z jednej kabały (w zasadzie jest z niej wyciągany za uszy przez przyjaciół), od razu właduje się w kolejną. Dzięki temu zabiegowi oczywiście fabuła się kręci i to dosyć wartko, ale staje się też dosyć przewidywalna. Przede mną jeszcze jeden tom, więc raczej nie liczę na rozwiązanie rodem z "Gry o tron" i zabicie Reynevana. No chyba, że się mylę...
I taka mała uwaga. Jest wiele momentów, które sprawiają, że nie jest to książka dobra do czytania przy jedzeniu... Wiecie: ręka, noga, mózg na ścianie...

A na szydełku dwa projekty: tramwajowo-kolejkowy - czyli chusta Virus oraz stacjonarna - Mysza dla małej Gabrysi (na zdjęciu jeszcze w formie kłębka)

Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

środa, 13 stycznia 2016

Złodziej czasu

18:27:00 7
Złodziej czasu
I kolejny tydzień za nami. Ależ ten czas leci! Stwierdzenie akurat do książki, którą aktualnie czytam - "Złodziej czasu" - kolejna część "Świata Dysku". Tym razem Pratchett pochylił się nad kwestią czasu. I chociaż to dopiero początek, już zdążyłam parę razy się uśmiechnąć. Jak do tej pory, niczym jeszcze nie poczułam się zaskoczona, ale została poruszona kwestia, która ostatnio mnie samą zaprzątała. Czy jest przeszłość i przyszłość, czy tylko teraźniejszość? Czy tylko powinnyśmy poświęcać uwagę temu, co jest teraz? Jestem bardzo ciekawa, jak Terry potraktował kwestię czasu.
Zdjęcie wybitnie słabe, ale nie miałam kiedy robić... Za to widać na nim mój najnowszy nabytek dziewiarski. Obiecałam sobie powstrzymanie się z kupowaniem motków. Ale żeby sobie to trochę zrekompensować kupiłam sobie nowe szydełka. Na zdjęciu Addi Swift. Przez jednych kochane, przez innych znienawidzone. Chyba sama należę do tej pierwszej grupy, ale jeszcze muszę trochę nim podziergać. Za tło robi bluzka dla koleżanki z pracy, która szczęśliwie zbliża się ku końcowi (bluzka, nie koleżanka).
Dzięki za wszystkie komentarze i odwiedziny :)

środa, 6 stycznia 2016

WCiD - "Łups!"

16:34:00 5
WCiD - "Łups!"
Też tak macie, że mimo wszelkich postanowień, Nowy Rok zaczynacie z różnymi planami na różne zmiany? Niby tak na dobrą sprawę, każdy dzień jest dobry, żeby zacząć zmiany, ale ten przełom kolejnych lat, jakoś szczególnie nas pobudza do wyznaczania sobie mniej lub bardziej ambitnych celów. W sumie, to takim przełomowym momentem w roku raczej powinny być nasze urodziny... Ale jak już pisałam, każdy dzień jest dobry na zmiany. Więc moim mocnym postanowieniem jest wykończenie swoich UFOków. I już jeden sukces mam na koncie. Szal, który pokazywałam na ostatnim Wspólnym Czytaniu i Dzierganiu w końcu zszedł z szydełka. To nic, że miał być gotowy w maju^^. Teraz wykańczam swój szalik, który też ma prawie rok, ale wszystko wskazuje na to, że dzisiaj go skończę. Przede mną jeszcze 3 ufoki w różnych stadiach zaawansowania.
Kolejne postanowienie było takie, że ograniczam się włóczkowo. No właśnie, było... Bo już wiem, że muszę kupić co najmniej dwa motki na kolejny projekt. I szczerze mówiąc nie jestem do końca z tego powodu zadowolona... Czy to znaczy, że wychodzę z włóczkozy? Czy to też nie jest swego rodzaju choroba dla dziewiarki? oO
Inne postanowienia to moja mała tajemnica. Podobno nie należy o swoich planach za często mówić, bo wtedy nasza podświadomość zaczyna traktować plany jako coś, co zostało zrealizowane i tracimy parcie na realizację. I chyba coś w tym jest...
Czytelniczo kolejny Pratchett - "Łups!". Na razie nie jestem w stanie stwierdzić, jak bardzo mi się będzie podobać, bo to dopiero początek, ale że jest to kolejna książka o Straży Miejskiej mogę liczyć na dobrą zabawę.
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

środa, 4 listopada 2015

Dzień 4. - List. WCiD "Bogowie, honor, Ankh-Morpork"

19:17:00 9
Dzień 4. - List. WCiD  "Bogowie, honor, Ankh-Morpork"
Hm, hm. Od czego tu dzisiaj zacząć, skoro nakładają się dwa wyzwania...
To może najpierw list...
Próbowałam sobie cały dzień przypomnieć, kiedy ostatni raz napisałam lub dostałam list pocztą, który nie był pismem urzędowym. I konkluzja jest bardzo smutna, bo to było chyba gdzieś na studiach... A oczekiwanie na listonosza było takie ekscytujące.
Pamiętam, jak jeździliśmy do babci na wakacje, praktycznie na całe dwa miesiące. To była tak wiejska wieś - brak kanalizacji, brak telefonów, brak sklepu. Ale za to las, łąka, rzeczka, krowy, świnie kury. Miałam napisać, że to tak niedawno, ale w sumie to 15 lat minęło... W każdym razie, żeby utrzymać kontakt z domem lub ze znajomymi słało się listy. Najpierw wybór papeterii, później pisanie, uważne, żeby list pięknie wyglądał. I wyprawa na pocztę do miasteczka. I oczekiwanie na odpowiedź. I jak już się ją dostało, to człowiek to doceniał. Bo ktoś też się postarał, żeby odpowiedzieć, bo napisał ręcznie i poszedł do skrzynki na listy. Żałuję, że nie zachowałam żadnego listu. Moje dzieci pewnie nie będą nawet rozumieć, po co pisać coś ręcznie, skoro są komputery.
Chociaż... są pewne listy, które przetrwają i to właśnie w papierowej formie. Listy do Świętego Mikołaja ;) Sama dopilnuję, żeby moje przyszłe pociechy wiedziały, jak się normalny list pisze, ze wszystkimi zasadami, żeby tak samo jak ja z niecierpliwością czekały na Mikołaja, który zabierze list, a później zostawi prezenty zgodnie z życzeniami. Już wcześniej pisałam o tradycji mikołajkowej u mnie w domu. Ale nie pisałam, jak się ze starszą siostrą włączyłyśmy do zabawy. Między mną, a moją najmłodszą siostrą jest 6 lat różnicy. Więc jak ona zaczęła już tak więcej kojarzyć, razem ze starszą siostrą byłyśmy już dosyć kumate i w międzyczasie dowiedziałyśmy się już, jak wygląda sprawa z Mikołajem. Gdy Gosia (ta najmłodsza) poszła do szkoły pojawił się problem. Wszystkie dzieci zostały już uświadomione, że to rodzice dają prezenty, a nam zależało, żeby jednak ciągle jeszcze wierzyła. Zwłaszcza, że poszła do szkoły rok wcześniej. Co więc z siostrą zrobiłyśmy? Po pierwsze namówiłyśmy ją, żeby jednak list do Mikołaja napisała. Gdy zasnęła zwinęłyśmy list, a następnego dnia na niego odpowiedziałyśmy. Ale nie, że tylko napisałyśmy. To byłoby za proste. List został nadgryziony przez renifera (oderwany róg), a atrament został rozmyty przez śnieg (woda). Gosia się nam parę lat temu przyznała, że ten list sprawił, że jeszcze przez kolejne 3 lata wierzyła, że Mikołaj rozdaje prezenty. Ehhh, piękne czasy ;)

A teraz drugie wyzwanie :) Dalej czytam kolejne części "Świata Dysku". Jestem doprawdy zachwycona :D ten humor, opisy. No majstersztyk! Właśnie tego mi teraz trzeba, czegoś lekkiego i zabawnego. Aktualnie na czytniku mam "Bogowie, honor, Ankh-Morpork". O czym?
Na morzu pojawia się tajemnicze miasto. Miasto niczyje... A wiadomo, w przyrodzie, a w zasadzie w polityce, nie ma czegoś takiego jak "niczyje". Pretensje do nowej ziemi zgłaszają obywatele Ankh-Morpork i Klatchu. W Ankh zaczynają rosnąć nastroje antyklatchiańskie, więc do akcji wkracza Straż Miejska. Ale nie byle jaka. To instytucja, która pokazuje przekrój przez całe społeczeństwo: mamy więc ludzi, trolle, krasnoludy (a właściwie krasnoludzicę), wilkołaka, gargulce (które wolą siedzieć na dachu), człowieka, wychowanego przez krasnoludy, zombie, zwykłych ludzi, a także Nobbiego, który nie wiadomo, do której grupy należy (podobno jest osobnym gatunkiem...). Przy takiej zbieraninie najprostsze czynności służbowe nabierają nowego wymiaru, o czym przekonuje się komendant Vimes.
Na szydełku zaś robi się czapka.

środa, 23 września 2015

WCiD - Terry Pratchett "Panowie i Damy"

17:49:00 11
WCiD - Terry Pratchett "Panowie i Damy"
Wiecie, że to już jesień? Ależ ten czas zleciał, znowu. Chłodniej się robi, zaczęłam tęsknym wzrokiem spoglądać na swoje wełniane włóczki. Tak się właśnie zastanawiam, czy nie wynieść z mojego tajnego kartonu z pracy włóczki skarpetkowej...
Wróćmy jednak do środowego wyzwania u Maknety. Przed urlopem po raz kolejny okazało się, że czytnik to świetna sprawa. Nie musiałam się zastanawiać, jakie i ile książek ze sobą wziąć. Zrzuciłam sobie tyle, że przez najbliższe pół roku będę miała co czytać. A ciężar bagażu od tego nie wzrósł!
Ponownie wróciłam do Pratchetta. Wiem, że najlepiej jego książki czyta się cyklami, jednak jestem niepokorna (a co!) i czytam według daty wydania^^.
 

Właśnie kończę "Panowie i Damy" - książkę, która dotyczy perypetii Wiedźm. Jak zwykle Terry w formie lekkiej i zabawnej przekazuje prawdy, które sprawdzają się niezależnie od uniwersum. Że każdy ma w sobie wielkie pokłady odwagi, tylko trzeba ją odkryć. Że działanie: "na złość babci odmrożę sobie uszy" może też oznaczać, że zrobi się dokładnie to, czego babcia od nas chce (zwłaszcza, gdy ta ma wzrok od którego nawet najwięksi twardziele miękną). Że żelazo ma większą wartość niż złoto, które tylko świeci. Że nigdy nie mów nigdy, zwłaszcza, gdy sprawa dotyczy tańca Kije i Wiadra. A także, że elfy to wstrętne skurczysyny, które tylko niszczą i cieszą się z cierpienia. No i najważniejsze. Jak ruszasz z Uniwersytetu w świat, zabieraj zawsze orangutana (nawet jak jest Bibliotekarzem będzie miał przejazd za darmo, jako zwierzątko domowe).
Nie jest to może najlepsza książka Pratchetta jaką czytałam, ale nie zmienia to faktu, że wielokrotnie uśmiechnęłam się. Zarówno Terry, jak i polski tłumacz odwalili kawał dobrej roboty bawiąc się językiem.
Na szydełku zaś ciągle bluzka dla koleżanki (nie brałam jej na urlop, żeby nie pruć za dużo) i ciągle szal weselny. Szkoda tylko, że żadnego wesela w najbliższym czasie nie mam...
Na koniec jeszcze moje szylki. Niestety, Ciri poza klatką nie da się sfotografować...



Dzięki bardzo za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

środa, 2 września 2015

WCiD - "Pomnik Cesarzowej Achai" t.4

20:45:00 4
WCiD - "Pomnik Cesarzowej Achai" t.4
Haha! Zaskoczeni? Już nie Malazańska Księga Poległych, ale całkiem nowa książka. Co prawda, została jeszcze jedna część opowieści o Malazie, ale muszę ją dopiero wypożyczyć, bo w wersji cyfrowej nie udało mi się znaleźć.
Co do kolejnego tomu "Pomnika Cesarzowej Achai" mam mieszane uczucia... Z jednej strony świetnie mi się czyta, zwłaszcza po tak ciężkiej lekturze jaką jest Malazańska Księga Poległych, z drugiej strony widzę niedociągnięcia Ziemiańskiego... Wiem, że jest sporo zarzutów pod adresem kontynuacji "Achai", że nie jest tak odkrywcza, że autor nie poprawił warsztatu, że są błędy rzeczowe... No cóż, faktycznie jest sporo niedoróbek językowych, ale takich, na które można jeszcze przymknąć oko, jeśli nie jest się bardzo czepialskim. Błędy rzeczowe pewnie dotyczą spraw wojskowych, na których się nie znam, więc mi nie przeszkadzają ;) Ale samą książkę czyta się całkiem przyjemnie, strony same się przewracają. Jedyne, co mnie trochę drażni, to wątki romantyczne. Jakieś sztuczne mi się wydają...

Na szydełku jest bluzka dla koleżanki z pracy. Trochę się boję, bo zaraz pierwsza przymiarka (kończę karczek) i obawiam się, że zaraz będzie trzeba pruć, bo rozmiar nie taki... Ale zobaczymy, może nie będzie tragedii ;)
W ogóle ostatnio zauważyłam, że w wieku 28 lat zaczynam przechodzić chyba kryzys wieku średniego... Cały czas próbuję sobie udowodnić, że coś mogę, że jestem temu światu potrzebna, żeby był lepszy, że trzeba coś trwałego po sobie zostawić. No i w związku z tym wpadam na coraz to bardziej szalone pomysły. Wszystko zaczęło się od 30-tych urodzin mojego Lubego. Wtedy zdałam sobie sprawę, że w kwestii zawodowej to raczej niewiele osiągnę ze swoim wykształceniem. Więc wzięłam się w karby i zaczęłam realizować mój "tajny wielki projekt". Mam nadzieję, że wypali, bo wtedy już nic nie będę musiała sobie udowadniać ;) Ale to oczywiście za mało. Idąc dalej tym tokiem myślenia, stwierdziłam, że trzeba jeszcze światu pomóc, ale nie przez zwykły przelew na WWF, czy AI. Trzeba coś naprawdę dać z siebie. Więc wróciłam do oddawania krwi. I postanowiłam do swojej trzydziestki zapuszczać włosy, żeby w dniu tych okrągłych urodzin ściąć je i przekazać na peruki dla fundacji Rak'n'Roll. Zachęcam wszystkie dziewczyny do tego. Włosy zawsze odrosną ;) Ale to jeszcze nie koniec moich kryzysowych postanowień. Stwierdziłam, że skoro nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem, to trzeba zmienić wykształcenie i się przebranżawiam^^ We własnym zakresie, powoli, ale do przodu.
Nie piszę tego, żeby pokazać jaka jestem super i tak o innych myślę. Piszę, żeby nie stracić motywacji ;) I proszę o trzymanie kciuków, żeby mi się wszystko ułożyło jak trzeba ;)
I żeby nie było, że tylko ja mam kryzys tożsamości... Mamy prawie jesień, prawda?
Powiedzcie to temu biednemu kasztanowcowi:

Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

czwartek, 25 czerwca 2015

Wielki powrót? WCiD: "Pył snów, Pustkowia"

20:21:00 7
Wielki powrót? WCiD: "Pył snów, Pustkowia"
Hmm... być może ten post jest zapowiedzią mojego wielkiego powrotu do regularnego blogowania... Ale już tyle raz o tym pisałam i sama sobie obiecywałam, że zacznę znowu systematycznie prowadzić bloga... Wolę na razie nie składać żadnych szumnych deklaracji. Zwłaszcza, że wymyśliłam sobie spory projekt, który nie jest związany z dzierganiem, ale z moją inną wielką miłością. Na razie jednak cichosza, żeby nie zapeszyć, ale proszę o trzymanie kciuków, żeby mnie słomiany zapał nie dopadł ;)
Czytelniczo bez zmian, ciągle Malazańska Księga Poległych. To dlatego tak słabo mnie ciągnie do publikowania postów w wyzwaniu Maknety, bo nawet nie bardzo co mam napisać ;p Ale to już przedostatni tom dostępny w formie e-booka, więc liczcie na zmianę tematu w najbliższym czasie^^.
A szydełkowow podczas mojej nieobecności na blogu działo się, ale nie tak dużo, jakby mogło. Nie będę oszukiwać, że duża w tym zasługa Wiedźmina III. Gra mnie wciągnęła straszliwie, uwielbiam to uniwersum, zarówno w książkach, jak i w grach. Cieszy mnie ogromnie sukces tej gry, także dlatego, że jest polska.





Ale wracając do rzeczy. W tym czasie dziergałam szal z węzłów Salomona, który dalej jest nieskończony i robi za moją robótkę podróżną. Jak baaaaaaardzo dobrze pójdzie, to będzie na wesele w lipcu. Ale wątpię... Cóż, takie życie^^ I tak ma być ciepło. Skończyłam wszystkie buciki (to te kolorowe plamy na zdjęciu), muszę tylko je powyszywać i doszyć guziki. Macie może jakiś pomysł, czym ozdobić parę dla chłopca?
Oprócz tego popełniłam hamaczek dla Pusi i teraz poluję na wyraźne zdjęcie z nią na hamaku... Ale skubana nie bardzo lubi zdjęcia i jak tylko widzi aparat, to zaczyna się ruszać...
I zaczęłam kocyk dla synka mojej fryzjerki (to te trzy kłębki: niebieski, szary i żółty). Pierwszy raz trafiłam na fryzjerkę, taką, jak w amerykańskich filmach, z która mogę normalnie pogadać, a nie czuję zmuszona do rozmów o niczym, albo do milczenia. Nawet jak siedzę u niej ponad godzinę, nie czuję, że to zmarnowany czas.
A taki włóczkowy widoczek mam z okna:



Yarn Bomb we Wrocławiu! Przed dawnym barem Barbara, jakby ktoś chciał na własne oczy zobaczyć ;)
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

środa, 29 kwietnia 2015

WCiD - "Myto Ogarów - Początek" i totalne nieogarnięcie

21:25:00 5
WCiD - "Myto Ogarów - Początek" i totalne nieogarnięcie
Wyrwijcie mi język i utnijcie ręce... Za dużo gadam i piszę, zaczynam przypominać wielbłąda, bo biorę za dużo na siebie. I to nie jest tak, że ktoś mnie wrabia. Albo, że nie umiem odmawiać. Nie. Sama proponuję i o... Czemu ta doba jest taka krótka?
Zaczęło się od urodzin Lubego... która postanowiłam mu zorganizować (normalnie nie obchodzi ich hucznie), bo to przecież nie co roku przekręca się licznik. Impreza ma być w sobotę, a na myśl, co muszę jeszcze zrobić ogarnia mnie przerażenie. Ale dam radę! Szkoda tylko, że wszystko wskazuje, że mój pierwotny plan imprezy na działce weźmie w łeb, bo pogoda się psuje... No cóż, w mieszkaniu też będzie fajnie...
A druga sprawa... Za dwa tygodnie idę na wesele koleżanki, a za tydzień na jej wieczór panieński. Tym razem nie ja go organizuję ;p Ale wyszła sprawa prezentów dla panny młodej. Padła propozycja bielizny. I co Ola zrobiła? Napisała (bo wszystko się odbywa mailowo), że może wydziergać taką koniakowską. I wydziergam, w to nie wątpię, ale pewnie nie zdążę z szalem... No zobaczymy, zawsze można trochę nocek zarwać.

Ale przynajmniej będę mieć śliczną sukienkę na wesele. Szyje się, za tydzień odbieram :)
A czyta się kolejna część "Myta Ogarów". Znowu moi ulubieni bohaterowie zginęli. R.R. Martin to mały pikuś jednak jest przy Eriksonie...
Dzięki za wszystkie komentarze i odwiedziny :)

środa, 22 kwietnia 2015

WCiD - dalej Myto Ogarów ;)

15:41:00 7
WCiD - dalej Myto Ogarów ;)
Dziękuję wszystkim za słowa wsparcia :) Zdecydowanie wszystko zmierza w dobrym kierunku. Nawet chęć na szydełkowanie i czytanie wyraźnie wzrosła.
A żeby jeszcze bardziej się twórczo nakręcić, mam tydzień wolnego, który spędzamy w Kołobrzegu. Całą podróż pociągiem mogłam spokojnie dziergać, nic mnie rozpraszało. Uwielbiam jednak naszą kolej^^.
Miałam do te pory poważny problem, żeby w końcu porobić obiecane siostrze buciki. W sumie to nie wiem, skąd mi się to wzięło, bo to całkiem wdzięczne udziergi są. Jeszcze zostały mnie dwie pary i wykończenie ich. Ale to dopiero po powrocie. Bo na robótkę podróżną wybrałam szal na wesele koleżanki.
Jeszcze na początku roku kupiłam na niego włóczkę. A że robiłam to przez internet, to przeżyłam lekkie zdziwienie, gdy zobaczyłam ją na żywo. Bo raz, że cienka, a dwa, że z długim włoskiem. Gdybym robiła na drutach, problemu by nie było... Ale, że jestem szydełkowa, to problem był, jaki wzór wybrać, żeby wszystko ładnie wyglądało. I padło na zwykłe węzły Salomona. Na razie wszystko dobrze wygląda, więc już pewnie tak zostanie.

A czytelniczo bez zmian, dzisiaj kończę pierwszą część "Myta Ogarów" i zaczynam drugą. Jeszcze miesiąc i zacznę jakąś inną książkę czytać, spoza uniwersum Malazu^^
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

środa, 15 kwietnia 2015

WCiD - Myto Ogarów: Miasto

20:07:00 9
WCiD - Myto Ogarów: Miasto
Dawno mnie tu nie było... Miałam (mam nadzieję, że już mogę użyć czasu przeszłego) straszne problemy w pracy. Nie będę ukrywać, że po części przeze mnie. Konsekwencją ich było totalne odmóżdżenie. Brak jakiejkolwiek weny, czy to dodizergania, czytania, czy blogowania. Ale wczoraj się okazało, że wszystko zmierza ku szczęśliwemu rozwiązaniu i mogę powrócić do świata żywych.
W sobotę byłam w e-dziewiarce, na comiesięcznym spotkaniu dziewiarek, dzięki czemu wrócił mi zapał do szydełka i w końcu wygrzebuję się ze swoich zaległości. I książka jakoś szybciej mi idzie... (tak, tak, dalej Malazańska Księga Poległych, więc nic ciekawego o lekturze nie napiszę).

Co do wspomnianego dziergania. Na razie szalik leży, została mi jeszcze jakaś 1/3 motka do zrobienia, ale skoro i tak szalika już raczej nie założę... Niech sobie chwilę poleży. Wydziergałam za to kapelusz dla Emilki, muszę go jeszcze zszyć. I zabrałam się już na poważnie za te nieszczęsne buciki (to zielone to własnie bucik, który i tak zaraz spruję^^). Mam nadzieję do niedzieli je skończyć... Ech...
To dzisiaj w zasadzie tyle, lecę kończyć kapelusz, żeby jutro móc już zrobić zdjęcia modelce. Mam nadzieję, że teraz to już posty będą się częściej pojawiać ;)
Dzięki za odwiedziny i komentarze :)

środa, 18 lutego 2015

WCiD - "50 twarzy Greya"

08:20:00 39
WCiD - "50 twarzy Greya"
Dzisiaj krótko o robótkowaniu i długo o czytaniu.
Na szydełku dalej rękawiczki, jedna skończona, druga zaczęta.
Czytelniczo aktualnie kolejna część "Malazańskiej Księgi Poległych".

Ale chciałam napisać o innej książce, którą przeczytałam w weekend. Ostrzegam, że będzie długo i no cóż... ostro. Dlatego, jeśli ktoś się boi, że może się zgorszyć, lepiej niech dalej nie czyta^^.
O powieści E.L. James miałam od początku nienajlepsze zdanie i pewnie nigdy bym jednak po nią nie sięgnęła. Ale hype (czyli szum i ogólne podniecenie) wywołany premierą filmu, a także opinie moich koleżanek z pracy, sprawiły, że trzeba było przeczytać, bo jak się wypowiadać, że coś jest słabe, skoro się nie przeczytało?
No cóż... moje podejrzenia się sprawdziły. Książka nie przedstawia, jak dla mnie, żadnej większej wartości. Dlaczego? Dużo się minusów uzbierało^^.
Po pierwsze, historia jest do bólu prosta, aż prostacka. Ona - biedna, zahukana studentka, niby piękna, ale nie wierząca w swoje walory fizyczne. On - bogaty, przystojny, tajemniczy i taki męski, że aż wszystkie kobiety robią się mokre... No ciacho nad ciachami, każda o takim marzy. Swoją drogą, autorka ma nieznośną manierę opisywania Greya przymiotnikiem "piękny". Jak facet może być piękny?! Facet jest przystojny, męski! A nie piękny... Piękny to jest krajobraz albo dom...
Jak widać postacie aż do bólu sztampowe. Trzeba jeszcze tylko dodać, że w wyglądzie żadnego z nich nie ma żadnej skazy. Do tego stopnia, że gdy dochodzi do pierwszego zbliżenia między Greyem a Aną, to było wiadomo, że się zaraz okaże, że Christian ma tak wielkie przyrodzenie, że biedna dziewczyna będzie się zastanawiać, jak się w niej zmieści. No cóż... nie zawiodłam się.
Bohaterowie spotykają się przez przypadek i wszystko zaczyna zmierzać w wiadomym kierunku. Bo chociaż w pierwszej części ślubu nie było, to jestem pewna, że wszystko skończy się przed ołtarzem.
Christian ma zapędy sado-maso i chciałby, żeby piękna Anastasia została jego uległą. Ale Ana nie chce! Bo jest kobietą świadomą i sama przerobi Greya na swoją modłę.
A propos sado-maso... Tak o tym się rozpisywali, że dużo BDSM, że ostry seks... Zawiodłam się na całej linii. Po tylu książkach fantasy, co przeczytałam, mało co w dziedzinie seksu w literaturze może mnie zaskoczyć. Liczyłam na jakiś hardcore... Na podwieszanie, klamry w różnych dziwnych miejscach, na porządne batożenie... nawet na stosunek analny... I co dostałam? Zawiązane oczy... przywiązane ręce, lekkie smaganie bacikiem, klapsy... Naprawdę? to jest takie odkrywcze i dziwne? To jest to całe BDSM? Bożesz Ty mój, w sporej części związków są perwersi oddający się zabawom sado-maso! To naprawdę dzięki tym opisom kobiety miały odnaleźć siebie? Poznać, czym jest prawdziwa rozkosz i orgazm? Jeśli tak jest, to naprawdę współczuję tym niewiastom...
W ogóle podchodzenie do rozwiązywania problemów z tym "związku" jest ekhm... co najmniej dziwne. Bo wychodzi, że najlepszym rozwiązaniem zawsze jest seks. Oczywiście dziki, namiętny i gdzie się da. Rozmowa bez seksu nie ma sensu. Nieważne, czy stosunek ma miejsce przed, czy po, ważne, żeby był, bo inaczej ustalenia wynikające z niej są nie ważne. To prawie jak akt notarialny.
Nie mam pojęcia, jak oni mają funkcjonować, skoro myśli Any ciągle krążą wokół pieprzenia się (bo Grey się nie kocha... on się pieprzy). Niby dziewczyna coś tam myśli, że chciałaby więcej... Ale jak tylko pojawia się Grey, to wiadomo, że wszystko skończy się w łóżku. Albo w pokoju zabaw. Albo w wannie. Albo w hangarze na łodzie. No wszędzie, gdzie się da. Bo przecież o to w związkach przecież chodzi, prawda?
Ja rozumiem, że w pierwszej fazie związku następuje silna fascynacja erotyczna partnerem, że się sporo o nim myśli w różnych dziwnych konfiguracjach. Ale naprawdę? Że każda czynność i rozmowa kończy się w jeden tylko sposób? Ehhh...
Słyszłam i czytałam wiele razy, że każda kobieta by chciała takiego Greya. No przepraszam bardzo, ale ten facet ma zaburzenia psychiczne! I nie chodzi mi tutaj o samą chęć kontroli, tylko jego zmiany nastrojów. Jak kobieta w trakcie okresu lub w ciąży. W ciągu jednego akapitu jest najpierw namiętny, później budzi się w nim agresor, żeby zakończyć całość radosnym uśmiechem. Jaka kobieta dałaby radę z kimś takim na dłuższą metę? I te jego skłonności do kontroli... Niby fajnie, że facet przyleci do Ciebie z drugiego końca kraju/kontynentu, bo napiszesz mu, że tęsknisz. Z drugiej strony nie możesz spojrzeć na innego faceta i musisz składać raport z każdej czynności. I jeść, bo Ci każe. Ale to wszystko dlatego, że biedaczek miał ciężkie dzieciństwo i stąd takie dziwactwa. Naprawdę, wolałabym, gdyby się okazało, że Grey po prostu tak ma, że lubi seks z zabawkami i BDSM. Bez tej całej płaczliwej otoczki, że taki biedny i poszkodowany i do wszystkiego własnymi rękami doszedł. Swoją drogą, gdyby to pan Mietek z minimalną krajową chciał znaleźć sobie uległą podniosłoby się larum, że wykorzystuje kobiety, że przemoc w domu i brak równouprawnienia. Ale wiadomo, kto bogatemu zabroni?
Anastasia na tle Christiana też nie wypada jak okaz zdrowia psychicznego. Też ma jakąś schizofrenię. Z jednej strony ma tę swoją "boginię", z drugiej podświadomość. I wszystko do niej gada. Dodatkowo bogini wyprawia dzikie harce, jakieś przewroty, tulupy i inne takie. Ale dziewczyno! Jak coś Ci się w środku przewraca, to nie żadna bogini. To niestrawność! Dodatkowo Ana ma jakieś problemy z krążeniem i wydolnością płuc. Ciągle się rumieni (nie ważne, co zrobi Grey, ona oblewa się rumieńcem, już nie dziewiczym) i ciągle wzdycha... I to nieznośne przygryzanie wargi, które tak działa na Christiana... Inna sprawa... Jestem w stanie uwierzyć, że Ana w wieku 21 lat w USA dalej jest dziewicą, że nie ma komputera, bo przecież nie każdego stać. Ale na litość boską, prędzej uwierzę w smoki, krasnoludki i to, że światem rządzą jaszczuroludzie, niż w to, że w 2011 studentka literatury angielskiej w USA nie ma maila. Jak James wpadła na tak kretyński pomysł? Ja w tym samym czasie w Polsce, która jest ponoć tak bardzo zapóźniona, miałam maila, bo była to jedna z dróg komunikacji z wykładowcami. No witki opadają.
Nie da się jednak ukryć, że książkę czyta się szybko. Mi przeczytanie zajęło z półtorej dnia. Ale nie ma się co dziwić. Akcja jest opowiedziana z perspektywy Any i w zasadzie większość jej przemyśleń się powtarza: "jaki on piękny", "coś między nami iskrzy". "o tak, musi już we mnie wejść", "rozpadam się na milion kawałków" (jak ten tekst przeczytałam po raz kolejny, miałam ochotę sama ją rozbić), "nie chcę jeść, ale on mi każe". Mniej więcej tak to wygląda. I to wszystko przeplecione scenami seksu, więc fabuły naprawdę za wiele tam nie ma. To idealna książka, jak ktoś chce podnieść statystyki czytelnictwa w Polsce, przecież nikt nie sprawdza, co się dokładnie przeczytało.
Rozumiem, że ta książka może się podobać. Seks, miłość, historia Kopciuszka... No taka bajeczka... dla fanek "Zmierzchu", bo "50 twarzy Greya" oryginalnie było fanfiction o Belli i Edwardzie (to wiele tłumaczy...). Wydaje mi się, że pomysł sam w sobie najgorszy nie był... ale realizacja pozostawia strasznie dużo do życzenia.
No to się rozpisałam, mam nadzieję, że ktoś dotrwał do końca ;)

Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

P.S. Jednego pani James nie można odmówić. Zna się na samochodach! Też lubię Audi (lokowanie produktu, proszę Audi RS6^^) ;)

środa, 4 lutego 2015

WCiD - powrót

10:03:00 25
WCiD - powrót
Po miesięcznej przerwie w wyzwaniu Maknety, powracam. Jak wspominałam w poprzednim poście, kocyk skutecznie mnie odciągnął od blogowania... Ale ten etap mam już zamknięty i powracam, aby znowu pisać, czytać Wasze blogi i komentować. W tym wszystkim nie zabraknie oczywiście dziergania.
Pisałam wcześniej, że moim jedynym postanowieniem noworocznym jest lepsza organizacja... No to na razie to trochę to leży i kwiczy, ale zaczynam ogarniać to koryto. Nawet kupiłam sobie kalendarz, a co. Znam siebie jednak na tyle, że znam swoje największe przekleństwo. Słomiany zapał. Więc zamiast kupić sobie najpiękniejszy kalendarz za prawie 100 złotych, wybrałam wersję totalnie mini, która pewnie będzie mi się w torebce gubić, za całe 12,00 zł. Jak wytrzymam dłużej niż miesiąc wpisując w niego swoje plany i je realizując, to będzie już dobrze. Mogłam oczywiście ściągnąć jakąś aplikację na telefon. Ale już tyle ich przetestowałam i żadna nie spełniła swojego zadania. Zobaczymy, jak sprawdzi się wersja analogowa.
Ale wracając do wyzwania Maknety.
Czytelniczo w zasadzie bez większych zmian, dalej "Malazańska Księga Poległych". I chyba już to pisałam... Ale naprawdę, im dalej czytam, im więcej postaci poznaję tym bardziej jestem zachwycona kunsztem pisarskim Stevena Eriksona. Jeśli chodzi o tworzenie światów, to chyba nawet R.R. Martina wyprzedza. Ileż on różnych ras stworzył! Ile systemów religijnych, politycznych i ekonomicznych! Nie wyobrażam sobie, ile musiałby wynosić budżet filmowy, żeby to wszystko zekranizować. Postaram się jak najszybciej skończyć czytać całość, bo się strasznie monotematycznie zrobiło ;p


Szydełkowo zaś dziergają się rękawiczki pięciopalczaste. Swoje ukochane gdzieś posiałam razem z czapką... Nowe nakrycie głowy już wydziergałam, teraz czas na rękawiczki i szalik do kompletu. Może jeszcze przyjdzie zima...
A propos zimy... widziałam wschodzące krokusy... W lutym... Normalnie się cieszę, gdy widzę znaki budzącej się przyrody... Ale kurczę, tej zimy cały czas kwitły stokrotki, teraz te krokusy... Przebiśniegi nawet nie mają śniegu, żeby się przebić. Wiem, że jeszcze wszystko może się zmienić, ale... ja chcę śnieg i porządną zimę! Tak przez tydzień, bo później będę marudzić^^.

Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

środa, 7 stycznia 2015

WDiC - "Przypływy Nocy - Misterny Plan" oraz wyróżnienie

20:54:00 11
WDiC - "Przypływy Nocy - Misterny Plan" oraz wyróżnienie
Rok minął, nowy się zaczął. Mam nadzieję, że ten będzie lepszy od poprzedniego. Trochę mnie nie było na blogu, nie mówiąc już o uczestnictwie w wyzwaniu Maknety. Ale nowy rok, to nowe pokłady sił i chęci. Tyle planów, tak mało czasu. Dlatego tym razem ma tylko jedno postanowienie. Lepsza organizacja, bo jak to będzie, to wszystko już samo pójdzie ;)
Ale wracając do wyzwania. Dalej kontynuuję "Malazańską Księgę Poległych" jestem w zasadzie już na półmetku, zaczęłam pierwszą część piątego tomu (a tych jest 10). Po kolejnych rozdziałach mogę z pewnością napisać, że Steven Eriksson chodził chyba do tej samej szkoły, co R.R. Martin. Jak się już przyzwyczaiłam do niektórych bohaterów, jak już ich polubiłam, to zostali zmieceni z powierzchni ziemi... Ale liczę, że jeszcze w jakiś magiczny sposób się pojawią. Na szczęście Eriksson nie ma tyle skrupułów, co Martin, żeby wycinać w pień nie tylko bohaterów pozytywnych, ale też negatywnych. I naprawdę, coraz bardziej się wciągam w cały ten świat, gdzie każdy konflikt okazuje się tylko przykrywką albo odbiciem jakiegoś większego zamieszania.
Na szydełku zaś coś takiego jak powyżej. Z tej kolorowej rozsypywanki powstanie sowi kocyk. Tak, ten, który miał być na Wigilię. A później na Nowy Rok... Ale nie doszacowałam. Najpierw z czasem, a później z włóczką wiodącą (ta kremowa). Byłam dziwnie święcie przekonana, że jeden motek to spokojnie wystarczy. A okazuje się, że brakuje jeszcze dwóch. Stugramowych. Tak, tak... taka ze mnie matematyczka ;p Włóczka zamówiona, mam nadzieję, że jutro dojdzie. I tu pojawia się problem. Bo jak składałam zamówienie, no to jak to tak, dwa motki? Przecież to się nie godzi! I zamówiłam... łącznie jakieś półtorej kilo włóczki. Nie wiem, jak to przemycę do domu ;p Chociaż w sumie to paczka ma przyjść do pracy, to może po prostu będę po motku znosić...?^^
A teraz czas na zaległość z zeszłego roku. Przepraszam Cię bardzo Moniko, że dopiero teraz podejmuję wyzwanie. Jest mi samej strasznie głupio. I właśnie dlatego, muszę swoją organizację polepszyć!
"Wyróżnienie Libster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Osoba z wyróżnionego bloga  odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.”

 A teraz do rzeczy, czyli odpowiedzi na pytania.

1. Jakie jest Twoje marzenie?
Obecnie to chyba największym marzeniem jest własne mieszkanie. I jeszcze jakby się dało trochę zarobić na własnych pracach...
2. Jaki jest Twój ulubiony kolor?
Hmm... fioletowy? I niebieski. I Fuksjowy. I róż też.
3. Kot czy pies (a może inne zwierzątko :) 

Z tych dwóch - zdecydowanie kot. A oprócz tego szynszyla. Nie sądziłam, że to takie cudowne zwierzę jest :)
4. Góry czy morze?

Kiedyś bym odpowiedziała bez wahania, że góry. Ale od kiedy zobaczyłam zamarznięty Bałtyk... to morze też. A najlepiej to połączyć i moje fjordy? ;)
5. Co byś chciała zobaczyć, zwiedzić?

Norwegię! I Szwecję. Hmm... Belgię, francuskie wioski, całe Czechy, Albanię, Chorwację, Rumunię. A tak bardziej egzotycznie to Japonię.
6. Wolisz książki papierowe czy e-booki?

I to, i to. Papierowe mają to coś, co pociąga, szelest kartek i zapach. Ale praktycznością przegrywają z e-bookami. Kiedyś bym za tradycyjną książkę walczyła z każdym zwolennikiem e-booków. Ale od kiedy sama mam czytnik, doceniam i tę wersję.
7. Książka, którą czytałaś więcej niż raz?

Beletrystycznej nie ma takiej. Ale wielokrotnie czytałam na przykład: "Wrocław od A do Z", "434 zagadki o Wrocławiu", "Wrocław w datach" i inne w podobnej tematyce^^
8. Twoja praca z której jesteś najbardziej dumna?

Ze smoczycy jak na razie. To moja pierwsza tak udana zabawka :) i mam nadzieję, że nie ostatnia.
9. Czego najbardziej nie lubisz robić?

Odkurzać. Zdecydowanie.
10. Dlaczego prowadzisz bloga?

Bloga założyłam ze względu na różne candy ;p Ale prowadzę go żeby móc się podzielić tym, co robię. I ze względu na osoby, które mnie tutaj odwiedzają ;)
11. Książka czy film?

Trudne pytanie. Jeśli film jest na podstawie książki, to zazwyczaj jednak książka. Ale są wyjątki, bo na przykład "Władca Pierścieni" również jako ekranizacja wyszedł świetnie. Ale jednak książka, większe pole do popisu dla wyobraźni ;)

Nikogo nie nominuję do tego wyróżnienia. Nie dlatego, że nie ma nikogo godnego ;p Wręcz przeciwnie. Każda z Was zasłużyła, a wybrać 10 to trochę trudno...

Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze :)

środa, 10 grudnia 2014

WCiD - w dalszym ciągu Jasnowidz

19:49:00 13
WCiD - w dalszym ciągu Jasnowidz
Zimno! A śniegu brak... trochę mi go brakuje, ale jak już wspominałam, zobaczymy, co będzie, jak w końcu spadnie^^.
Na czytniku w dalszym ciągu "Jasnowidz", dzisiaj mam zamiar go skończyć. Jeśli ktoś się zastanawia, czemu mi idzie z książkami tak wolno, mogę jedynie napisać, że każdy tom "Malazańskiej księgi poległych" ma około 1000 stron^^. Uwielbiam takie kobyłki :D
A na szydełku buciki, pierwsza para z pięciu zamówionych przez siostrę. Mam nadzieję, że się przed świętami wyrobię... Chociaż i tak najważniejszy jest inny projekt - sowi kocyk. Do Wigilii jeszcze tylko (aż?) dwa tygodnie! Kupiłam w końcu projekt tego kocyka, nic tylko siąść i dziergać. Trochę mnie te sowy przerażają... Niby nie są trudne, ale boję się, że nie wyjdzie tak uroczo jak oryginał...
Smoczycę skończyłam, na razie zdjęcia są na moim fanpage'u, ale w tym tygodniu (w weekend zapewne) pojawi się wpis na blogu, razem ze zdjęciami Emilki ;)
Po tym jak na Facebooku pojawiły się strony ze zdjęciami: "najseksowniejszych niemowląt, 4, 5, 6-latek" i tym podobnych, zdecydowałam, że nie będę umieszczać na fejsie zdjęć swojej siostrzenicy. Niestety, nigdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie komputera... Dlatego jeśli będę robić jakieś udziergi dla malutkiej, to zdjęcia z modelką pojawiać się będą tylko na blogu.
Jak pisałam, śniegu we Wrocławiu nie ma, ale jak idę do pracy leży piękny szron, o taki:
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze ;)

środa, 3 grudnia 2014

WCiD - Jasnowidz

18:07:00 11
WCiD - Jasnowidz
Zima! Mróz, zło i niedobro. Ale nie ma śniegu ;( Zawsze na ten pierwszy śnieg czekam, a później go serdecznie nienawidzę. Ot, kobieca niestałość w uczuciach^^. A jak jest zimno, to najlepiej zagrzebać się pod kocem lub nawet kołdrą, z robótką i książką.
Żeby Luby nie marzł w uszka zrobiłam mu czapkę, nawet ją nosi, chociaż na początku powiedział, że jest babcina... Ale się przekonał, zwłaszcza, że dobrze grzeje. Czapkę oczywiście pokażę, ale nie na modelu, bo to taki wstydzioszek ;)
Dalej dziergam smoka dla Emilki i jestem bardzo zadowolona z tego jak wychodzi. Na zdjęciu widać głowę z przyległościami (uszka, różki, oczka, nozdrza). Dzisiaj mam nadzieję zrobić kończyny i do soboty skończyć, żeby w niedzielę robić za Śnieżynkę św. Mikołaja^^.
A na czytniku dalej ta sama książka, "Jasnowidz". Z tą serią mam duży problem, bo z każdym tomem coraz lepiej mi się czyta i cieszę się, że jednak jej nie rzuciłam. Szkoda tylko, że po przeprowadzce w pracy już nie mogę czytać w tramwaju, bo cały jest zapchany :/
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze :)