Internetowa
społeczność rękodzielników. Z jednej strony miejsce, gdzie każdy
znajdzie porady, wsparcie. Gdzie można się pochwalić się swoimi
pracami i ostatnimi łupami z zakupów.
Ale to miejsce ma, niestety, też swoją drugą, mroczną stronę… Mniejsze i większe
grzeszki… O których się nie mówi albo udaje się, że nie
istnieją. Albo, co najgorsze, tłumaczy się, że to nic złego…
Chciałabym się
zająć dzisiaj (i w najbliższym czasie) jednym z nich.
Osoby, które są
członkami różnych grup na fejsbuku z pewnością spotkały się z
takimi sytuacjami: „Patrzcie, jaki super
sweter/serwetka/zabawka/kocyk! Ale wzór jest płatny. Może ktoś go
wrzucić na grupę?” I często gęsto pojawia się taki bohater,
Robin Hood, który się dzieli takim projektem.
Sama ciągle
dostaję maile z prośbami o przesłanie wzoru na sowi kocyk. Za
każdym razem odpowiadam NIE. Nie prześlę. Czemu? Bo jestem skąpa,
wredna, nie chcę się dzielić, a to tak nie po chrześcijańsku?
Nie. Ze względu na szacunek do twórcy. Bo ktoś poświęcił
mnóstwo czasu, żeby najpierw wymyślić kocyk, później rozpisać
cały wzór, sprawdzić go i zrobić zdjęcia poszczególnych etapów
pracy.
Ponadto samo
takie działanie jest zwyczajnie nielegalne. O kwestiach prawnych
związanych z prawami autorskimi na różnych etapach pisała Qrkoko w wywiadzie z Wojciechem Wawrzakiem (Prakreacja i Wojciech Wawrzak).
„– Czy można kupić tutorial/wzór i rozpowszechnić go dalej za darmo?Nie można. Kupując, nabywasz jednocześnie prawo do posługiwania się tutorialem na własny użytek. Ale nie możesz rozpowszechniać go dalej w sposób nieograniczony. To tak jak z kupieniem płyty w sklepie. Jeśli kupisz album z muzyką, to nie możesz przyjść do domu, zripować i wrzucić na torrenty. To bezprawne”
Polecam zapoznać
się z całym wywiadem, bo porusza wiele istotnych kwestii związanych
z szeroko pojętym prawem autorskim.
Skąd nagle
pomysł, aby poruszyć taki temat? Ponad tydzień temu żaliłam się
Wam, że w Polsce brakuje takich pism jak brytyjskie Simply Crochet.
Post udostępniłam również na grupie na facebooku, Wyszydełkowani. Ania, założycielka i administratorka grupy, zwróciła mi
uwagę, że być może brak takich czasopism to kwestia właśnie
nielegalnego rozpowszechniania gazet.
I faktycznie coś
w tym jest… Przejrzałam sobie, dosyć pobieżnie, grupy do których
należę. I prośby o udostępnienie płatnych wzorów, czy całych
gazet, są nagminne. I najczęściej z ostracyzmem i wytykaniem
palcami spotykają się Ci, którzy mówią, że to nie w porządku.
Zaczęłam się
zastanawiać, skąd to się bierze. Przecież same często podnosimy
larum, że ktoś chce kupić od nas coś za bezcen, a przecież my w
to włożyłyśmy tyle pracy i serca. No właśnie… A czy taki
potencjalny kupiec sam wie, ile to nas kosztowało? Zapewne nie.
Może w takim
razie kradzieże i przywłaszczanie sobie wzorów ma podobne źródło.
Może część osób wychodzi z założenia, że wzory piszą się
same, z automatu? Same się przeliczają, zdjęcia to każdy może
sobie pstryknąć, kilka suwaków w PhotoShopie i gotowe.
Stąd już
niedaleka droga do narodzenia się pomysłu na „Dziergam – nie
kradnę”. Poprosiłam o pomoc dziewczyny, które tworzą wzory i je
sprzedają. Żebyście mogli wszyscy poznać te wspaniałe kobitki, a
także zobaczyli od kuchni, jak wygląda proces ich powstawania. Zwróciłam się również z prośbą o wypowiedź, do dziewczyn, które
korzystają z tych wzorów, żeby przekonały tych nieprzekonanych,
że warto wydać te parę złotych i mieć czyste sumienie.
Od dzisiaj, w
każdy czwartek będę publikować na blogu wywiady z tymi zdolnymi
dziewczynami (niestety, w naszym środowisku zachowanie parytetu jest
trudne…). Mam nadzieję, że chociaż parę osób się przekona, że warto je wspierać przez zakup ich wzorów.
Albo
chociaż poznacie te fantastyczne kobiety, może się zainspirujecie
i też zaczniecie tworzyć własne wzory?
Już za tydzień
zapraszam Was na wywiad z Amanitą z Amanitaland. Gdy patrzę na jej
prace czuję zapach runa leśnego… I widzę małe wróżki siedzące
na muchomorach (dobra, za dużo włóczki się nawciągałam…)
A co Wy sądzicie o tym problemie? Istnieje, czy tylko to moja wyobraźnia?
